Odebrali ziemię rolnikowi z Kościelnika
„Doprowadzimy cię do bankructwa” – czyli Jak odbiera się ziemie rolnikom.
Z Andrzejem Winiarczykiem rolnikiem z Kościelnika rozmawia Ewa Gutek
Ewa Gutek -W ostatnim czasie doszło do zniszczenia zasianej przez Pana kukurydzy. Kto, dlaczego i na czyje polecenie dokonał tych zniszczeń?
Andrzej Winiarczyk – Może od początku. Agencja Nieruchomości Rolnych wypowiedziała mi umowę dzierżawy w grudniu 2012 roku. Tylko, że ja o takim zamiarze wiedziałem już wcześniej, dochodziły sygnały a w 2007 r. była pierwsza próba wypowiedzenia dzierżawy i przejęcia gruntów. Powiedziano mi, że są osoby zainteresowane uprawianą przeze mnie ziemią i że zostanie ona przejęta na tzw. „zamówienie”. I tak się stało. Powody cofnięcia były bardzo naciągane takie jak nierealizowanie zadań pokontrolnych i bezumowne poddzierżawienie firmie pomieszczeń. Te zalecenia pokontrolne niezrealizowane to były drobne rzeczy. Te większe typu remonty i naprawy wykonałem, a na dowód wykonałem dokumentację fotograficzną, którą przekazałem Agencji podczas kontroli. Dołączyłem to do protokołu pokontrolnego, w którym zapisano, że dzierżawca wykonał więcej niż zalecała Agencja. Te rzeczy zniknęły z mojej teczki dzierżawcy. Pewnie dlatego, że były niewygodne dla ANR.
E.G. A jaki Agencja Nieruchomości Rolnych miała w tym cel? Czy faktycznie przejęcie było na tzw. „zamówienie”, ktoś się o te ziemie upominał?
A.W. Celem było i jest przejęcie na rzecz innego rolnika, a zainteresowanie wykazywały dwie osoby, które zostały nagrane. Jedna osoba mówi, że wie, że ANR od dłuższego czasu szuka sposobu na wypowiedzenie mi tej dzierżawy. Druga osoba wprost mi powiedziała, że proponuje mi 100 tys. złotych za 170 hektarów. Lepiej też, żebym wziął te pieniądze, bo stracę na tym i nawet tych 100 tys. nie dostanę, bo Agencja i tak mi wypowie dzierżawę.
E.G To była osoba z agencji, że miała takie informacje?
A.W. Ta osoba jest w bliskich kontaktach z byłym już zastępcą dyrektora ANR we Wrocławiu z Jerzym Dulnikiem (radny w powiecie lubańskim z ramienia PSL- przyp. redakcja) Zarzut ANR dotyczący bezumownego poddzierżawienia pomieszczeń jest chybiony, albowiem taki wynajem trwał od 2005 roku. Sam zaproponowałem, aby czas poddzierżawiania był na okres jednego roku i każdego roku był podpisywany na nowo, aby móc regulować cenę zgodnie ze wzrostem cen. Na początku dzieliłem się z ANR po połowie. W 2010 roku dyrektor ANR zmienił ten podział, uznając, że powinienem otrzymać poniżej 10 % za wynajem. Zgodziłem się na to tylko ze względu na to, że firma, która wynajmowała pomieszczenia zatrudniała ludzi z okolic, a sytuacja na naszym rynku pracy jest trudna. Przyszedł taki rok, że nie udało się podpisać kolejnej umowy, albowiem dyrektor firmy poddzierżawiającej pomieszczenia przeszedł zawał i był na zwolnieniu lekarskim. Wtedy zaproponowałem, żeby za 2012 rok uiścić opłatę w 2013 i to zostało zapisane w protokole w trakcie kontroli jesienią 2012 r.. Niestety ANR nie uwzględniła tego i wypowiedziała tę umowę.
E.G Od każdej decyzji przysługuje prawo odwołania. Czy składał Pan sprzeciw?
A.W. Napisałem do dyrektora ANR i do Prezesa ANR w Warszawie wskazując na nieprawidłowości w agencji wrocławskiej. Pismo zostało zwrócone do analizy do ANR we Wrocławiu, a ta nie uznała zasadności podnoszonych zarzutów. Dlatego skierowałem sprawę do sądu. Rozstrzyganie w niej trwało długo, a wyrok zapadł w zeszły wtorek. Na ok. dziesięć dni przed ogłoszeniem wyroku ANR wprowadziła firmę na uprawiane przeze mnie ziemie i zabronowała, „ztalerzowała” moje uprawy. Zniszczono w ten sposób około 10 hektarów zasianej kukurydzy i około 1 hektara łąki tuż przed koszeniem.
E.G. Nie czekali na wyrok sądu?
A.W. Nie czekali. Zachowywali się jakby znali, jaki wyrok sądu ma zapaść. Przecież odmówiłem wydania przedmiotu dzierżawy i oddałem sprawę do rozstrzygnięcia sądu. Ponadto, każdy wyrok po zapadnięciu musi się jeszcze uprawomocnić.
E.G. Jak Pan szacuje straty jakie Pan poniósł wskutek tego zniszczenia?
A.W. Zgodnie z opinią biegłego, bez tego się chyba nie obejdzie, można to liczyć na około 100 ton kukurydzy, zakładając, że cena kukurydzy to 500- 600 zł to daje kwotę około 60 tys. złotych. Tyle kukurydzy nie zostanie wyprodukowane i sprzedane.
E.G. Czyli, dla ANR lepiej, żeby stało to odłogiem? Lepiej było zniszczyć?
A.W. Tak, to zachowanie z jednej strony niewytłumaczalne, naruszające wszelkie zasady społeczne. Sprawa w toku, wyroku nie ma, a z drugiej strony jest to w mojej ocenie celowe, złośliwe działanie, żeby jeszcze bardziej mnie pogrążyć.
E.G. A kto wydał decyzję o zniszczeniu i wjechaniu na pola?
A.W. Przy polu wbito palik z nadrukowanym nr telefonu. Kiedy zadzwoniłem okazało się, że dodzwoniłem się do ANR we Wrocławiu. Powiedzieli mi, że oni nic nie wiedzą na ten temat i odesłali mnie do Rakowic. Kiedy tam zadzwoniłem to usłyszałem, że to nie oni, a Wrocław wydał taką decyzję. Zlecili lub wynajęli firmę, której nazwy teraz nie pamiętam, ale jej siedziba mieści się we Wrocławiu na ulicy Wagonowej. Na zlecenie ANR we Wrocławiu firma ta dokonała zniszczenia moich upraw. W trakcie rozmowy telefonicznej z oddziałem ANR w Rakowcach poinformowano mnie, ze planują to teraz czymś obsiać i zgłosić do dopłaty. Tylko, że kiedy ja nie wydałem dzierżawy, oddałem sprawę do sądu, obsiałem w tym czasie pole to zgodnie z prawem zgłosiłem uprawy do dopłaty. W obecnym jednak stanie okazuje się, ze jest to kolejne działanie w mojej ocenie o charakterze przestępczym.
E.G. W sumie kiedy czeka się na decyzję sądu, skoro jeszcze nic się nie wydarzyło kończącego postępowanie w sprawie, to należy działać tak jakby dalej było się dzierżawcą ziemi. Inaczej można się narazić na zarzuty zaniedbania i zaniechania
A.W. Dokładnie, tym bardziej, że będę walczył do końca. Kiedy nie uda mi się wygrać w Polsce po wyczerpaniu całej możliwej drogi sądowej zamierzam oddać sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Tym bardziej, że w sądzie też działy się dziwne rzeczy. Początkowo sprawę prowadziła Sędzia i przyjęła wszystkie nasze wnioski dowodowe łącznie z powołaniem biegłego za zakresu budownictwa, który miał ocenić zakres i nakład prac poczynionych przeze mnie w poprzednich latach. Kiedy czułem, że sprawa ma korzystny dla mnie przebieg (czym w świetle doniesień mediów, sam byłem zaskoczony) wtedy zmieniono skład sędziowski i sprawy zaczęły wracać na „właściwe” tory. Nowy sędzia, który przejął sprawę od razu odrzucił wszystkie wnioski dowodowe łącznie z powołaniem biegłego.
E.G. Czym to uzasadniał?
A.W. Nie uzasadniał tego. Uznał po prostu, ze to nie ma znaczenia w sprawie. Po czym wydał wyrok, że oddala pozew w całości, ale przesuwa termin oddania dzierżawy do końca października 2014 roku.
E.G. Czyli można powiedzieć, że nadal Pan jest dzierżawcą ziemi?
A.W. Dokładnie. Tym bardziej pozostaje postawić pytanie dlaczego i na jakiej podstawie ANR zniszczył mi uprawy na 10 hektarach ziemi. Myślę, ze oni wiedzieli jaki będzie wyrok, ale nie spodziewali się, że przedmiot dzierżawy nie zostanie mi odebrany natychmiast. Niby sądy są niezawisłe, ale rzeczy wokół nich dzieją się bardzo dziwne.
E.G. Czy ANR przed okresem zasiewu lub już wjazdem na pole w jakiś sposób ostrzegała o tym co zamierza zrobić?
A.W. Nic na ten temat nie wiem, bo nie dostałem żadnego zawiadomienia pisemnego, ale być może gdybym takie dostał to nie doszłoby do tego, bo stanąłbym w obronie upraw na skraju pola i ich nie wpuścił. Niestety tak się złożyło, że byłem w tym czasie na ćwiczeniach wojskowych rezerwy i nie było mnie w domu. Może w tym czasie coś przyszło.
E.G. Czyli ANR nie wydaje decyzji administracyjnej, nie informuje co zamierza, dokonuje zniszczenia upraw, po czym wbija jakąś kartkę na paliku i trudno ustalić kto w końcu za tą decyzją stoi?
A.W. Tak, Wrocław zrzuca na Rakowice, Rakowice na Wrocław, w tle jest wynajęta firma, która pod moją nieobecność niszczy moje uprawy. W trakcie sprawy inżynier budownictwa sam zeznał, że to czego nie wykonałem to była drobnica typu pojedyncze dachówki, czy gąsiory.
E.G. Czy próbował Pan zainteresować polityków tym problemem. Przecież rolnicy mają swoich reprezentantów w rządzie. Pytam o PSL?
A.W. Trzeba powiedzieć wprost, że to „co jest” (przyp. PSL) w sejmie to nie jest przedstawiciel indywidualnego rolnika. To jest organizacja, która dba wyłącznie o swoje interesy, swoich członków i ludzi, którzy przy nich korzystają z tego układu. Obsadzają stanowiska w firmach związanych z rolnictwem. W ANR, w ARiMR, ARR, czy w takich firmach jak słynna spółka ELEWARR. PSL absolutnie nie pomaga rolnikom, pisanie do nich, czy próby rozmowy z przedstawicielami z PSL nie tylko nie przynoszą skutku, ale dają skutek wręcz odwrotny- jeszcze większych represji w stosunku do rolnika. Przykładem niech będą młodzi rolnicy spod Jeleniej Góry, gdzie uznaje się, ze są rolnikami, prowadzą gospodarstwo rolne, bez pomieszczeń gospodarczych. Po czym stają się niewygodni, bo ktoś chce im odebrać ziemie i wtedy ARiMR stwierdza, że jednak nie są rolnikami, bo nie prowadzą gospodarstw rolnych, ponieważ nie posiadają budynków. Ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego nie stawia wymogu posiadania budynków. Uprawa przecież nie odbywa się w budynkach, tylko na polu. Budynki są przydatne, ale nie stanowią wymogu dla gospodarstw rolnych. Tam można przechowywać zbiory, ale można to zorganizować poprzez przywóz nawozów prosto na pole, plony zaś mogą być pakowane bezpośrednio z pola na TIR-y i wiezione do odbiorców. Budynki są więc absolutnie zbędne. Mało tego, można nawet nie posiadać maszyn, a korzystać z usług zewnętrznych.
E.G. Czy tak poszkodowanych przez agencje rolnicze rolników jak pan jest na Dolnym Śląsku więcej?
A.W. Podejrzewam, że jest nas bardzo dużo. Dotarłem już do około 10-12 osób, np. pomiędzy Zgorzelcem, a Lubaniem, gdzie ANR też im wypowiedziała umowy, bo ktoś tam chce przejąć te ziemie. To około 150, 200, czy 300 hektarów. Nie pamiętam w tej chwili. Jest rolnik z Żarskiej Wsi, który stracił nawet nie dzierżawione, a swoje własne ziemie. Około 80 hektarów, ponieważ na tamtych gruntach stawiane są wiatraki. Czyli tereny, które przynoszą zyski . Każda działka, która jest atrakcyjnie położona lub w przyszłości ma zaplanowane siłownie wiatrowe jest zagrożona przejęciem takim jak w moim przypadku, czy rolnika z Żarskiej Wsi. Jeżeli rolnik ma kredyt to poprzez natychmiastowe jego wypowiedzenie traci majątek. W Żarskiej Wsi tak było. Powiedziano rolnikowi, że jak nie sprzeda 80 hektarów ziemi to doprowadzi się do takiej sytuacji. Kiedy raz nie wpłacił całej raty, ale jej wartość kapitałową wpłacił co do dnia, jedynie spóźnił się ze spłatą części odsetek tylko o kilka dni to natychmiast miał wypowiedziany cały kredyt.
E.G Wielu z was jest bankrutami. Czy taka sytuacja powoduje, że zamierzacie walczyć, czy poddać się i zmienić zawód?
A.W. Jeżeli chodzi o mnie to zapewniam, że się nie zmienię i nie poddam. Doprowadzę do tego, żeby ci, którzy doprowadzili do tych sytuacji ponieśli odpowiedzialność, żeby po zapłacie odszkodowań poczuli się jak my, gdy niszczy się nasz dorobek, wysyła komorników i licytuje się nasze majątki i zabiera się nam nasze jedyne źródło utrzymania. Jeżeli jednak zrobię wszystko, a to nie da efektu, to trzeba będzie wyjechać z tego kraju. Mi zarzucono, że nie wykonałem zaleceń pokontrolnych, a były to drobne sprawy, a tymczasem inny dzierżawca dzierżawiąc nieruchomości od ANR doprowadził do całkowitej dewastacji kilka budynków, które przestały nadawać się do użytku i zostały zrównane z ziemią. Kolejny dzierżawca, też w zasięgu działania ANR…
E.G. Czyli koledzy?
A.W. Prawdopodobnie tak. Z 47 doprowadził do znacznej dewastacji 26 budynków. W obu tych przypadkach ANR nie wypowiedziała ani umowy dzierżawy, ani nie nałożyła kar. Nawet nie zawiadomiła prokuratury o zniszczeniu mienia państwowego. Sama agencja te dane udostępniła na wniosek sądu. Było tam ujęte komu i za co wypowiedziano umowy. Tych dwóch przypadków, o których mówię, pomimo drastycznych zaniedbań tam nie ma. Pomimo, że opis tych zaniedbań jest na stronie NIK w protokołach kontrolnych. Wyniki z tych kontroli były przekazane przez NIK w czerwcu 2008 roku Prezesowi ANR bez konsekwencji. Zaniedbania te stwierdzono w Pisarzowicach i Ziębicach (w Pisarzowicach dzierżawcą jest Leszek Grala były szef PSL-u na Dolnym Śląsku a nadal Prezes Dolnośląskiej Izby Rolniczej, nadal i to wysoko w strukturach PSL- przyp. redakcja). O czym to świadczy? Jeden nic nie może, a drugi wrzuci granat, rozwali to i jeszcze nagrodę dostanie.
E.G Może warto zapisać się do PSL-u?
A. W. Moje poglądy są trudne, bo nie ułatwiają życia. Nie wchodzę w żadne układy, nie biorę łapówek, nie rozmawiam pod stołem i mam z tego tytułu same problemy. Mam wartości wyniesione z domu, wiem co znaczy „Bóg, Honor i Ojczyzna” i nigdy się temu nie sprzeniewierzę. Te wartości utrwalał we mnie Michał Boni, który w latach 80-tych został złamany przez SB i został tajnym współpracownikiem. Wszyscy, którzy byli razem z nim w tym szczepie harcerskim, jeździli na rajdy, a najważniejszym był dla nas Rajd Olszynka Grochowska, byliśmy po tej informacji w szoku. Nie wierzyliśmy, że to prawda. Myśleliśmy na początku, że to jakaś prowokacja, że to jest po prostu niemożliwe. Okazało się, że to prawda, sam powiedział, że go do tego zmuszono. Jak zmuszono? Jeżeli ktoś ma silną wiarę i przekonania nie jest w stanie dać się zmusić. Teraz jeszcze został odznaczony Komandorskim Krzyżem Odrodzenia Polski przez Prezydenta RP. To jest hańba, wstyd, a wspominam Michała Boniego, ponieważ pisałem do niego z prośbą o pomoc i spotkanie. Zdradził, ale z harcerskiej przysięgi nikt nas nie zwolnił. Przekonałem się jednak, że dał się sprzedać wraz ze wszystkimi ideałami jakie we mnie pozostaną do końca życia. Nie odpisał.
E.G. Coś jeszcze chciałby Pan przekazać?
A.W. Tak w tym wszystkim na szkodę rolników działają niektóre firmy. W 2012 roku firma z którą współpracowałem kupując od nich środki do produkcji rolnej i sprzedając płody rolne, sprzedała moje płody rolne za około 1/3 wartości. Straciłem na tym ponad 300 tys. złotych. To było zaplanowane, abym nie mógł nic zrobić, a ANR mogła wypowiedzieć mi skutecznie dzierżawę. W ostatnich latach miałem wszystko opłacane na czas. Kiedy doszło do zajęcia zastawnego moich plonów przez tą firmę okazało się, że kwota jaką oszacował biegły sądowy dotycząca wartości zbiorów, a ta którą uznała firma różni się o 330 tys. złotych na moją niekorzyść. To skutecznie mnie doprowadziło do sytuacji, której finałem są egzekucje komornicze, czekam na drugą licytację mojej nieruchomości niezabudowanej, a następnie do licytacji domu, w którym mieszkam. Wtedy zostanie mi, mojej żonie i trójce naszych dzieci spakować tobołki i pójść w stronę…Nowej Zelandii na przykład, ku prawdziwej wolności i normalności
E.G. Dziękuję za rozmowę i życzę wytrwałości
A.W. Dziękuję


