Zbieractwo to uzależnienie jak narkotyki czy alkohol
Pani Anna wychodziła za mąż za człowieka starszego od siebie o piętnaście lat, licząc na jego dojrzałość, rozsądek i opiekuńczość. Dzisiaj, po wielu latach małżeństwa już wie, że pozory i metryka mogą mylić.
Nie dość, że z jego strony nie ma żadnej opieki – ani ona, ani dzisiaj już dorosłe dzieci – to on sam wymaga ustawicznej czujności. Raz, że pracował właściwie tylko na początku małżeństwa, a później już zawsze był na cudzym garnku a po drugie problemem, który stale narasta jest zbieractwo męża, któremu ten poświęca czas, siły, uwagę i… metry kwadratowe już nie tylko ich wspólnego domu, ale także całej posesji. Są mieszkańcami jednej z sąsiadujących z Lubaniem wiosek, dlatego dla zachowania anonimowości, nie podajemy jej nazwy a imiona opowiadających zostały zmienione.
– Ja myślę, że problem był od początku ale od jedenastu lat narasta lawinowo – mówi pani Anna. – Ściąga do domu wszystko co gdzieś znajdzie, bo wszystko jest mu potrzebne. Odbyliśmy w tym temacie mnóstwo rozmów. Prosiliśmy, groziliśmy, posuwaliśmy się nawet do szantażu. I wszystko na nic. Ma 72 lata i żyje sobie jak chce, bez oglądania się na innych. Jedyny bat na niego, to strach. Kiedyś poprosiłam dzielnicowego o interwencję i trochę swój bałagan ogarnął. Ale na długo to nie starczyło. Już po kilku dniach zaczął znosić nowe graty.
Pani Anna zdaje sobie sprawę, że to jego zbieractwo, to jest choroba psychiczna i sugerowała mężowi leczenie. Skończyło się to oczywiście awanturą.
– Mąż ma swoje motto życiowe, którego się trzyma, żyjąc sobie lekko – kontynuuje pani Anna. – Brzmi ono: „Pan Bóg i dobrzy ludzie zginąć mi nie dadzą”.
Problem staje się coraz bardziej uciążliwy, także dla innych członków rodziny zamieszkujących pod jednym dachem ze „zbieraczem”. Córka, mająca już swoją rodzinę próbuje znaleźć także jakieś wyjście z tej patowej sytuacji.
– Opieka społeczna zna nasz problem, podobnie jak policja – opowiada córka. – Ale jak nam sugerują dobrze by było, aby zaczął się leczyć. Ponieważ jednak sam nie chce, trzeba by go na czas leczenia ubezwłasnowolnić. Tylko co będzie jak wróci? Może na przykład złośliwie oskarżyć nas o kradzież jego rzeczy. A on jest właścicielem domu.
Jak rodzina się zaczyna zastanawiać, to wychodzi im, że to zbieractwo jest chorobą rodzinną. Świadczy o tym choćby przykład ciotki, mieszkającej w Kanadzie w dwupokojowym mieszkaniu socjalnym. Po jej śmierci trzy miesiące wywożono rzeczy. Podobnie jak z jej drugiego mieszkania, na placu Strażackim w Lubaniu.
Szukają ratunku po omacku, zwracając się do różnych instytucji. Ale na razie gehenna trwa dalej. Czy jest jakieś wyjście z tej patowej sytuacji? Jak się okazuje jest. Według znawców tematu, którzy spotykają się podobnymi problemami z racji wykonywanego zawodu, żona musi złożyć wniosek do sądu o przymusowe leczenie w szpitalu psychiatrycznym bez zgody małżonka. Istnieje wówczas szansa, że tam go zdiagnozują i zastosują takie leczenie, że wszystko wróci do normy.

Teresa Kraska, jest znaną w regionie dziennikarką i felietonistką. Pełni również mandat radnej Rady Miejskiej Lubania.
Autor: Teresa Kraska

