Z walk 15. Armii Powietrznej USA w Łużycach – cz. 3
„Skrzydło w ogniu. Idę do rosyjskich linii!” – cz. 3
W ustaleniu trasy przelotu bombowca „HOMESICK”, domniemanych miejsc katastrofy i opuszczenia samolotu przez załogę dopomógł mi przypadek. Otóż zajmując się historią wojny powietrznej 45 r. w rejonie Lubania nie mogłem pominąć lektury „Nieba wojny” ikony radzieckiej awiacji Aleksandra Pokryszkina. Przypomnijmy, w dniu 15 marca 1945r. płk. Pokryszkin, jako dowódca 9. Dywizji Lotnictwa Myśliwskiego gwardii wraz z 16. i 100. Pułkami Lotnictwa Myśliwskiego gwardii przebywał na lotnisku w Osłej, kilkanaście kilometrów na północny-wschód od Bolesławca. Stamtąd, m.in. startując z autostrady Berlin-Wrocław, samoloty P-39 „Airacobra” w okresie 16.02-15.04.1945 r. kontrolowały niebo nad Lubaniem i okolicami. W swoich wspomnieniach ów lotnik opisuje jeden jedyny przypadek gdy zaobserwował przelot nad lotniskiem płonącego amerykańskiego bombowca i ewakuującą się zeń załogę. Ze względu na upływ czasu pewne elementy swoich obserwacji Pokryszkin najwyraźniej pomieszał, jak choćby przeloty do Połtawy w 1945 r. amerykańskich bombowców w ramach operacji „Frantic”, które musiał zaobserwować rok wcześniej, jednak pozostałe fragmenty jego wspomnień doskonale pasują do rzeczywistego przebiegu ostatnich tragicznych chwil „HOMESICK”.
„W końcu marca powiały ciepłe, południowe wiatry i niebo Niemiec stało się czyste, przejrzyste, łagodne i spokojne. Dzięki temu, w tym okresie obserwowaliśmy doskonale widoczne trasy przelotów amerykańskich bombowców, przeprowadzających swoje całonocne operacje. Startując z lotnisk Włoch i Francji z ciężkim ładunkiem bombowym samoloty leciały nad cele – niemieckie miasta, gdzie po zrzuceniu bomb kontynuowały lot przez Polskę na Ukrainę. W Połtawie lądowały, uzupełniały paliwo, załogi odpoczywały i następnie wracały do baz we Włoszech i Francji.
Pewnego dnia, w jasny wiosenny dzień z lotniska obserwowaliśmy przelot nad nami armady B-17. Samoloty szły zwartym szykiem pobłyskując w promieniach słońca. I nagle jeden z nich zaczął odstawać. Grupa nie zwalnia, a on ledwie nadąża, z tyłu ciągnie za sobą warkocz dymu. Oczywiście samolot musiał zostać uszkodzony podczas ostrzału albo nastąpiła awaria silników.
Bombowiec płonie. Od sylwetki samolotu zaczęły oddzielać się czarne punkciki, nad którymi po chwili zabielały parasole spadochronów.

A. Pokryszkin na autostradzie Berlin-Wrocław pod Osłą; marzec 1945r. – kadr z filmu Aleksander Pokryszkin ЦСДФ 1945
Trzeba było zorganizować pomoc amerykańskim pilotom. Niedaleko od nas rozlokowana była dywizja, którą dowodził Goriegliad (22.DLMgw. wtr. aut.). Połączyłem się z kolegą i rozesłaliśmy samochody tam, gdzie przyziemili amerykanie. Było ich dziesięciu.
Szybko grupę przywieziono do sztabu. Nasi oficerowie zapewnili im wszelkie wygody. Amerykanie szybko znaleźli z nami, lotnikami wspólny język jakoś się dogadując. Gdy wreszcie zebrano wszystkich razem, oprócz jednego, którego w żaden sposób nie udało się odnaleźć okazało się, że wśród nich są uchodźcy z zachodniej Ukrainy, mieszkający w Ameryce. Oni zostali naszymi tłumaczami. Po obiedzie i odpoczynku ekipa latającej fortecy wyleciała naszym samolotem transportowym do Połtawy. Życzyliśmy im szczęśliwego powrotu do swoich”.[7]
Nie ulega wątpliwości, że owi uchodźcy z Zachodniej Ukrainy (oczywiście przed wojną wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej) to Polacy, mechanik Edward Janoski i strzelec John Skalny, niedonaleziony członek załogi to nawigator Paul Stephens, a płonący samolot i skoczkowie to „HOMESICK” i jego załoga. Pozostałe B-17 to zapewne maszyny, które tego dnia również szukały ratunku po wschodniej stronie frontu i lądowały w okolicach Kielc i Łodzi. Szczęśliwym trafem pilot wspomniał o sąsiadujących w Trzebieniu jednostkach 22. Dywizji Lotnictwa Myśliwskiego gwardii, a konkretnie 129. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego gwardii, którego lotnikiem był Fiodor Archipienko. Po latach w swoich wspomnieniach „Zapiski pilota-myśliwca” tak opisał to wydarzenie:
„Zapamiętałem jeszcze jeden epizod z tego okresu. Przebywałem obok radiostacji, utrzymywałem łączność z parą myśliwców, które wyleciały w rejon Cottbus, gdy nagle radiotelegrafista krzyknął:
-Dowódco! Z zachodu – płonący bombowiec!
Spojrzałem na zachód i zobaczyłem amerykański 4-silnikowy bombowiec B-29, lecący nisko, z dymiącym i przerywającym silnikiem, na którym pojawiły się języki ognia. Za sekundy w powietrzu pojawili się spadochroniarze.
Całej ekipie jak pamiętam udało się wylądować. Przyjęliśmy sojuszników z radością. Całą dziesiątkę nakarmiliśmy i ugościliśmy aby ją odstresować. Jak pamiętam, w kółko powtarzali tylko jedno słowo: „Stalin, Stalin …” i powoli dochodzili do siebie po przeżyciach. Amerykanie byli młodymi chłopcami i trzęśli się jak kiełbie, wyrzucone na brzeg, szczególnie strzelcy pokładowi z B-29.
Podczas posiłku ustalono, że bombardowali Berlin, otrzymali trafienie pociskiem artylerii przeciwlotniczej i pilot skierował płonący samolot na terytorium zajęte przez nasze wojska.
Ze sztabu korpusu dostaliśmy rozkaz o jak najszybszym przekazaniu lotników. W celu przetransportowania Amerykanów do „wyższej instancji” w batalionie lotniczo-technicznym wypożyczyliśmy ciężarówkę i z oficerem „Smiersza” wszyscy odjechali do sztabu. Z nastaniem zmroku piechociarze przywieźli do pułku jeszcze pilota z zestrzelonego giganta:
– Oto macie pilota – sojusznika, bawcie się z nim sami, nie będziemy się z nim wozić.
Pilot okazał się bystry – służył i latał i na europejskim teatrze działań wojennych i na Dalekim Wschodzie. Nie odwieźliśmy go do sztabu w nocy, bo było to zbyt niebezpieczne. Przenocował u nas, a wieczorem nawet w BLT obejrzeliśmy wspólnie film. Odwieźli go do sztabu następnego dnia rano.” [8]

Wzmianka w Wisconsin Rapids Daily Tribune z 4.06.1945 r. o por. Johnie Tomsycku bombardzierze “Homesick” (Archiwum WRDT)
Choć relacje obydwu pilotów nieco różnią się między sobą i nie są pozbawione błędów (samoloty B-29 nie latały w tym czasie nad Europą, a lotnicy nie bombardowali Berlina – samoloty znad Berlina po uszkodzeniu nie podążały na południe tylko na wschód) to raczej nie ulega wątpliwości, że opowiadają o tym samym wydarzeniu.
Po tym jak załoga amerykańskiego bombowca znalazła się w radzieckich rekach doszło do serii przesłuchań. Ze zrozumiałych względów w sposób szczególny interesowano się pilotem por. Straversem. Rosjanie domagali się szczegółowych informacji dotyczących struktury amerykańskiego lotnictwa, celów nalotów oraz wielu innych danych operacyjnych. Stravers nieco zaskoczony udzielał informacji niechętnie, jednak gdy powiedziano mu że brak współpracy będzie oznaczał trudności z uzyskaniem zgody Moskwy na opuszczenie radzieckiej strefy, w końcu uległ.
Amerykańska załoga przebywała w Malczycach do 20 marca po czym samolotem C-47 z pobliskiego Lubinia lotników przewieziono do punktu zbiorczego do Lwowa. Tam zakwaterowano ich w hotelu razem z 48 innymi alianckimi lotnikami, którzy po bombardowaniach Niemiec znaleźli się na terenach opanowanych przez Sowietów. Po kolejnych 10 dniach, 30 marca wszyscy trafili do amerykańskiej misji wojskowej w Połtawie na Ukrainie skąd wyjechali 24 kwietnia i przez Teheran, Kair i Neapol w dniu 29 kwietnia zameldowali się w Amendola. Ich najtragiczniejszy i zarazem ostatni w życiu lot bojowy trwał okrągłe 1,5 miesiąca i zakończył się utratą jednego z przyjaciół. Na polskiej ziemi gdzieś w Borach Dolnośląskich, przypuszczalnie nigdy nie odnalezione pozostało ciało nawigatora por. Paula Stephensa, jednego z kilkuset amerykańskich lotników poległych na terenie Polski podczas nalotów na cele militarne III Rzeszy podczas ostatniej wojny.
Samolot bombowy Boeing B-17 „HOMESICK” No 446671 z dowódcą por. Johnem Straversem to jak sądzę jedna z dwóch amerykańskich „Latających Fortec”, które uległy katastrofie zaledwie w odległości ok. 20-30km od Lubania, ale jedyna, która pociągnęła za sobą ofiarę śmiertelną. Los drugiej maszyny, która tego samego dnia bombardowała Ruhland i trafiona pociskami artylerii przeciwlotniczej szukała ratunku po wschodniej stronie został najprawdopodobniej przypieczętowany znacznie bliżej Lubania. Ale o tym następnym razem.
PS. Niestety pomimo wielu wysiłków nie udało mi się dotrzeć do fotografii bombowca „HOMESICK” i jego załogi. Zawiodły również próby kontaktu z rodzinami niektórych lotników choć ciągle jest nadzieja. Na dziś pozostaje nam jedynie cieszyć się z „wyguglowanego” w sieci jedynego zdjęcia pilota-weterana, dowódcy por. Johna Straversa. No cóż, dobre i to. I jeszcze jedna uwaga. Nieścisłości w źródłach doprowadziły do błędu w cz.1 opracowania. Ostatecznie wg książki Kevina Mahoney – Fiftenth Air Force against the Axis. Combat Missions over Europe during World War II; Lauham: Scarecrow Press, 2013 w dniu 15.03.1945r. Ruhland bombardowała pełna liczba 128 “Latających Fortec” a nie ok. 40 jak podałem pierwotnie. Nad czechosłowacką rafinerię w Kolin skierowały się 82 samoloty.
Jarosław Ludowski
Bibliografia:
Wspomnienia pilota Arta Rawlingsa; Mieczysław Metler – Kresowe Stanice
2– 6. Missing Air Crew Report 12821. Archiwum NARA 1973
A. Покрышкин – Небо войны; Воениздат, 1980
C. Жванский – Легендарный полк: летопись покрышкинского авиаполка; Фонд „Русские Витязи”, Москва 2014




