Z walk 15. Armii Powietrznej USA w Łużycach – cz. 2
Z walk 15. Armii Powietrznej USA w Łużycach.„Skrzydło w ogniu. Idę do rosyjskich linii!” – cz.2
Płonący bombowiec szedł dokładnie wschodnim azymutem. Porucznik John W. Ellsworth, drugi pilot B-17 #379 lecący w formacji w pierwszej fali, pierwszej eskadry, drugiego elementu na pozycji nr 3 wspominał później:
„Widziałem B-17 No #671 ostatni raz o godz. 14.08 z wysokości 26 800 stóp na pozycji 51.29N/14.00E. Zauważyłem ogień za jego lewym skrzydłem, za silnikiem nr 1. Wzywałem go, ale nie odpowiadał. Pilot musiał widzieć ogień pełzający po powierzchni skrzydła ponieważ wzywał lidera skrzynki „Able” i po chwili odszedł w lewo. Pilot zgłaszał, że się pali i opuszcza szyk. Nie dostrzegłem spadochronów.”[3]
W głowie dowódcy zapewne kłębiły się myśli co dalej. Kłopoty z maszyną to jedno, ale co spotka załogę po wschodniej stronie frontu? Nie było tajemnicą poliszynela, że załogi alianckich bombowców atakujących cele we wschodnich Niemczech i po uszkodzeniach ratujące się ucieczką na wschód obawiały się kontaktu z radzieckim lotnictwem. I choć w drodze porozumienia między aliantami wzdłuż całej wschodniej linii frontu ustalono strefy rozgraniczenia działań lotnictwa państw sprzymierzonych, to jednak tak naprawdę mało kto się tym przejmował, a już tym bardziej ciężko było dochować tych ustaleń w ferworze walki. Bardzo często dochodziło do spotkań w powietrzu samolotów amerykańskich i sowieckich i niestety zdarzały się sytuacje bratobójczego ognia z ofiarami włącznie.
Początkowo płomień w lewym skrzydle bombowca nie był tak duży i Stravers za wszelką cenę chciał dojść do rosyjskich linii. Przypomnijmy, że w dniu 15 marca 1945 r. linia frontu przebiegała dokładnie na Nysie Łużyckiej, gdzie zatrzymały się wojska Armii Czerwonej wspartej II. Armią Wojska Polskiego przed mającą rozpocząć się za miesiąc Operacją Berlińską. „Homesick” musiał zatem przebyć ok. 50 km w linii prostej do rzeki, a potem drugie tyle aby dotrzeć do najbliższego lotniska.
Pilot miał do wyboru duży węzeł lotniskowy Żary–Żagań (Sorau-Sagan) na północny wschód od Ruhland, lub na kierunku południowo-wschodnim mniejsze lotniska w Trzebieniu i Osłej (Kitlitztreben-Aslau). W obu przypadkach do przebycia gęste lasy Borów Dolnośląskich bez możliwości awaryjnego lądowania na skrawku niezbędnej dla tak dużej maszyny wolnej przestrzeni.
Jest raczej pewne, że pilot wybiera drugi wariant i zachowując prędkość przelotową 250 km/h po ok. 10 min dociera do rzeki, najprawdopodobniej kilkanaście km na południe od Muskau – Łęknica. W tym momencie intensywność ognia staje się już na tyle niebezpieczna dla załogi i samolotu, że dowódca wydaje rozkaz opuszczenia bombowca.
Załoga wykonuje rozkaz każdy ze swojego stanowiska poczynając od nawigatora por. Paula Stephensa, następnie bombardiera por. Johna P. Tomsycka i polskiego mechanika sierż. Edwarda Janoskiego. Gdy skaczą następni nie obywa się bez perturbacji. Drugi pilot, por. E. Shipka zahacza nogą o właz i przez sekundę wisi bezwładnie na zewnątrz, aż strumień powietrza uwalnia go z pułapki zrywając but z nogi, sierż. Nussbaum przez chwilę mocuje się z linkami zanim uda mu się skutecznie otworzyć spadochron. Najwięcej problemów miał ostatni opuszczający płonący samolot, dowódca załogi por. Stravers. Podczas wypinania z fotela, gdy dziób maszyny uniósł się w górę pilot zaklinował stopę na drążku sterowym. Po krótkiej szamotaninie uwalnia nogę ale w tym momencie samolot zaczyna przechylać się na lewe skrzydło i rzuca Straversa na lewą burtę. W końcu jakimś cudem pilot dociera do włazu dziobowego i opuszcza samolot. Był to ostatni moment, gdy po chwili spojrzał w górę usłyszał gwałtowną eksplozję. „Homesick” rozerwany siłą wybuchu na kształt płonącej kuli ognia i masy żelastwa walił się bezwładnie na ziemię.
Od momentu ewakuacji pierwszego członka załogi, nawigatora por. Stephensa, aż do pilota por. Straversa upłynęło ok. 4-5min. i w tym czasie samolot pokonał odległość ok. 15-20 km rozrzucając skoczków na sporej przestrzeni. Opadali wśród gęstych lasów i jak wspominał później por. Shipka trzeba było zręcznie manewrować spadochronem aby trafić w jakąś wolną od drzew przestrzeń. Terytorium było opanowane przez jednostki radzieckie, a więc wydawałoby się, że już nic złego im nie grozi. Nic bardziej mylnego. Wśród ciszy jaka zapanowała po eksplozji samolotu nagle obok lotników zaczęły świstać kule. Najpierw pojedyncze z broni ręcznej, małokalibrowej, a następnie dłuższe serie z karabinów maszynowych. Najbardziej ostrzał odczuli lotnicy, którzy opuszczali samolot jako jedni z pierwszych, a zatem Stephens, Shipka, Janoski, Leyden. Dwóch ostatnich kule szczęśliwie omijają, jednak Shipka zostaje ranny w nogę, a Stephens niestety ginie. Polski mechanik przesłuchiwany później przez komisję ustalającą przyczyny utraty samolotu i śmierci nawigatora zeznawał:
„Kiedy padł rozkaz do skoku, Stephens pierwszy otworzył właz i wyskoczył. Po 30 sekundach wyszedł bombardier (por. John Tomsyck – wtr. aut.), za nim ja. Opóźniłem mój skok, ażeby być w odpowiedniej odległości od poprzednika. Kiedy mój spadochron się otworzył zaczęto do mnie strzelać z broni małokalibrowej, a potem z karabinu maszynowego. (…)
Potem zobaczyłem spadochron na ziemi, ciało bez ruchu (nawigatora – wtr. aut.). Spadochron nadymał się na wietrze i pozostał w takiej pozycji, aż straciłem go z oczu.”[4]
Załoga samolotu po przyziemieniu tego samego dnia zostaje odnaleziona przez żołnierzy sowieckich. Amerykanie, początkowo wzięci najprawdopodobniej za niemieckich spadochroniarzy, stają się jeńcami wojennymi. Sowieccy „piechociarze” pozbawiają ich rzeczy osobistych, traktują szorstko i pod eskortą odstawiają do sztabu. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy w dowództwie amerykańscy lotnicy przechodzą pod opiekę oficerów. Rzeczy osobiste zostają zwrócone, a lotnicy są nakarmieni i w miarę możliwości zakwaterowani. Początkowo są rozdzieleni, 3 z nich (w tym Janoski) odnalezieni bliżej granicy trafiają do Żagania, a 6 wraz z dowódcą, drugim pilotem Shipką i drugim Polakiem, Zdalnym, prawdopodobnie z Trzebienia zostaje następnego dnia przewiezionych do Maltesch (Maltsch – najprawdopodobniej Malczyce k/Legnicy) do sztabu korpusu. To dotyczy 9 członków załogi, a co z nawigatorem Paulem Stephensem? Oddajmy głos dowódcy – por. Straversowi:
„Nie widziałem Stephensa na ziemi, ale z zeznań pozostałych członków załogi wynika, że na ziemi leżał bez ruchu. Wg ich wskazań Stephens wylądował między liniami (wojsk niemieckich i radzieckich – wtr. aut.) gdy my przyziemiliśmy już za liniami. (…)
Tego samego popołudnia poinstruowałem dwóch rosyjskich oficerów, w którym miejscu moja załoga opuściła samolot i ok. 9 po południu zostałem powiadomiony, że 8 mężczyzn odnaleźli żołnierze sowieccy. Następnego dnia spotkałem się z drugim pilotem i strzelcem i dowiedziałem się o Stephensie. Od razu zapytałem radzieckiego oficera, czy zamierza wysłać patrol w celu przeszukania obszaru w godzinach wieczornych jak mi mówił stwierdzając, że za dnia to niebezpieczne. Następnego ranka oficer powiadomił mnie, że poszukiwania zakończyły się porażką, a patrol wciąż był nękany przez Niemców ogniem z ręcznej broni. Gdy zostałem odesłany na tyły poinformowano mnie, że obszar, w którym zginął Stephens zostanie opanowany przez Armię Czerwoną, a uzyskane informacje zostaną przekazane odpowiednim organom.”[5]
Ciała nawigatora przypuszczalnie nie odnaleziono nigdy i w dosłownym i w dwuznacznym ujęciu tego słowa. W każdym razie żadne amerykańskie organy wojskowe nigdy nie zostały powiadomione przez stronę radziecką o odkryciu zwłok lotnika. Raczej na pewno przypuszczalnie martwe już ciało opadło na terenach po wschodniej stronie Nysy Łużyckiej w okolicy doskonale widocznej z góry, a więc nie zalesionej i na pozycji nie trudnej do ustalenia, jak zeznali pozostali członkowie załogi. Co zatem się stało? Dlaczego zwłok nie ujawniono? Nie mając całkowitej pewności i unikając zbyt łatwych i pochopnych oskarżeń, które tak naprawdę w warunkach krwawej wojny tracą na znaczeniu, na koniec tej części naszej opowieści posłużmy się zeznaniami radiotelegrafisty sierż. Johna Leydena:
„Cała załoga bezpiecznie wyskoczyła na zewnątrz. Stephens był jedynym nieodnalezionym i pierwszym, który wyskoczył z samolotu 80 mil na Pd-W od Ruhland w Niemczech (pozycja niewiarygodna, byłoby to kilka km na południowy-wschód od Lubania i przeczy innym zeznaniom załogi; powyższe pokazuje jak trudno dziś ustalić dokładną trasę przelotu samolotu i jego katastrofy ale jednocześnie potwierdza, że działo się to w szeroko rozumianym obszarze Lubań-Bolesławiec – wtr. autora). Musiał wylądować pomiędzy niemieckimi i rosyjskimi liniami okopów. Rosjanie twierdzili, że będą próbowali uratować go pod osłoną nadchodzącej nocy. Następnego dnia zgłosili, że nie żyje. (…)
Wg mnie Stephens trafił w ręce Niemców i został zabity lub trafił do niewoli. Jednak jest możliwe, że został zastrzelony przez Rosjan gdy jego spadochron zbliżał się do ziemi. (…)
Rosjanie próbowali mnie zabić gdy ja lądowałem. Być może myśleli, że jesteśmy niemieckimi spadochroniarzami. Jeżeli Stephensa zabili Rosjanie, naturalnie, że nie przyznają się do swojej pomyłki. Był pierwszym, który wyskoczył z samolotu jak lecieliśmy kursem 60° w kierunku rosyjskich linii i powinien wylądować bliżej pozycji niemieckich. Nikt z załogi nigdy o nim więcej nie słyszał. Wg mojej wiedzy Rosjanie nigdy nie zgłosili ciała do identyfikacji”.[6]
Jarosław Ludowski
c.d.n.
Fotografie:
1. Symbole 2. Grupy Bombowej i 20.Eskadry Bombowej – jednostki „HOMESICK” (www.2ndbombgroup.org)
2. Szlak bombowy 15. Armii Powietrznej USA nad cele w północnej Europie (www.2ndbombgroup.org +autor)
3. Załogi 2.BG – 400-setna misja; Amendola 15.04.1945r. – już bez lotników z „HOMESICK” (www.2ndbombgroup.org – Defenders of Liberty 2nd BG 1918-1993)
4. Trasy przelotów B-17 z 15.AP w dn. 15.03.1945r. (autor)
5. Sposób awaryjnego opuszczania samolotu B-17 przez załogę (www.diseno-art.com)





