Unreal Stone Hill w oczach Feliksa Netza
Z okazji rocznicy 650-lecia założenia Sześciogrodu (Hexapolis), zwanego obecnie Związkiem Sześciu Miast Łużyckich, w dniach 13-15 sierpnia 1996 roku odbyło się w Lubaniu sympozjum literackie poświęcone twórczości autorów górnołużyckich. Tak ważnemu wydarzeniu kulturalnemu nadano odpowiednią oprawę wybierając najlepsze miejsce do prezentacji prozy i poezji – dawny Dom Górski (Zameczek) w parku na Kamiennej Górze. Otwierając spotkanie burmistrz Jerzy Zieliński w mowie wstępnej zwięźle opisał Lubań takimi oto słowami:
„Genius loci tego miejsca jest trojakie, a składają się na to Górne Łużyce, wulkaniczne wzgórze i Dom Górski – Zameczek. Z tych źródeł płynie dla nas, współczesnych, szerokim nurtem bogactwo kultury obszaru…”1.
Zameczek i na jego tle goście, w tym w najwyższym rzędzie F.Netz. Zbiory J. Nawrockiego.
Na sympozjum zaproszono wielu znamienitych gości, twórczość lubańską reprezentował znany i szanowany, nie tylko w Polsce, prozaik i poeta Feliks Netz, który przygotował specjalnie na tą okazję esej „Miasto nierzeczywiste”, w którym opisał swe lata chłopięce, a tym samym Lubań w latach 40 i początkach 50. XX wieku. Podczas obchodów tej rocznicy wręczono autorowi tytuł honorowego obywatela Lubania, przyznany mu przez radę miasta. Tak wielkie wyróżnienie publicysta otrzymał nie dlatego, iż dziesięć lat swojego dzieciństwa spędził w naszym mieście, lecz dlatego, iż pokochał nasze miasto, co znalazło odzwierciedlenie w jego twórczości.
Nagrodzenie Netza przez burmistrza J.Zielińskiego w Zameczku. Zbiory J. Nawrockiego.
Pisarz swoje lubańskie lata dzieciństwa zawsze miło wspominał i niewątpliwie ich echo widoczne jest w wielu jego utworach, w niektórych z nich zawarł także bezpośrednie wspomnienia z Lubania. Młody Feliks Netz miał trzy ulubione miejsca spędzania wolnego czasu – park na Kamiennej Górze, kino „Wawel” oraz brzegi Kwisy w rejonie Księginek. Kamienna Góra była mu szczególnie bliska, gdyż chodził do Szkoły Podstawowej nr 3 przy ulicy Hanki Sawickiej, a na zielone wzniesienie miał widok ze swojego pokoju przy dzisiejszej ulicy Kościuszki 17.
Podczas Sympozjum Feliks Netz odczytał specjalnie przygotowany z tej okazji esej pt. „Miasto nierzeczywiste”2, wspominał w nim wielokrotnie Kamienną Górę, zarówno z daleka
„Mam dwanaście lub trzynaście lat, jestem uczniem piątej, szóstej klasy; mieszkam w domu przy ulicy Leśnej, już chyba wtedy nazywanej ulicą Lenina; okno mojego pokoju z widokiem na łagodne zbocze Kamiennej Góry, ale bliżej za płotem, rosną lipy. Patrzę przez okno , maluję wodnymi farbkami to, co widzę – wydaje mi się, że będę malarzem, jeszcze nie wiem, że wkrótce odrzucę pudełko z farbkami i zajmę się słowami na dobre i na złe, na zawsze; wchłaniam lepki zapach kwitnącej lipy. Od tej chwili polskie słowo lipa będzie mieć dla mnie jedno tylko usytuowania na ziemskim globie – w Lubaniu…”.
Fot. Widok z Księginek na Kamienną Górę w latach 30. XX wieku. Zbiory J. Kulczyckiego
Jak i z bliska – „W tych czasach żył jeszcze Józef Stalin i jego cień padał aż na Lubań3. Dzień jego śmierci miał w sobie coś z koszmaru i groteski. W naszej szkole, którą kochałem, bo była usytuowana u stóp Kamiennej Góry, i przypominała swym wyglądem raczej pałacyk myśliwski niż budynek szkoły, dzień śmierci Stalina zmienił się w turniej płaczu…”.
Fot. F. Netz na tle SP nr 3. Zbiory J. Nawrockiego.
Młody Feliks Netz potrafił wspaniale łączyć wspomniane już pasje, oglądane filmy w kinie Wawel (dawny Capitol) przeobrażał w zabawy w parku na Kamiennej Górze:
„Instynkt pisarski kazał mi pójść tropem filmowym. Jest w powieści sekwencja, jakby żywcem wyjęta z filmu „Upadek Berlina”, filmu, który w kinie Wawel oglądaliśmy wiele razy, by później odtwarzać pewne sceny w naszych grach i zabawach na Kamiennej Górze.(…)”
Feliks Netz szczególnie przyjaźnił się w czasach szkoły podstawowej Dzidkiem – Tadeuszem Biłousem z Księginek (późniejszym wieloletnim samorządowcem i radnym Rady Miasta Lubań – przypis red.) z ulicy Lipowej, a więc prawie po sąsiedzku (mieszkał wówczas na ulicy Stawowej). Oczywiście jako dzieci wymyślali przeróżne zabawy, które później realizowali po zajęciach szkolnych. Już wówczas pojawiły się pierwsze talenty pisarskie F. Netza, na które być może także miała wpływ kinematografia i próba tworzenia własnych scenariuszy:
„…biegałem chętnie na Lipową, gdzie mieliśmy sobie z Dzidkiem wiele do powiedzenia. Napisaliśmy nawet sztukę (odegraną przy ognisku na Kamiennej Górze) o eksterminacji Apaczów. Zimą jeździliśmy na sankach, latem kąpaliśmy się nad Kwisą”4.
Tajemnica Ślepego Oka
Wiele wspomnień z Lubania, w tym wątek Kamiennej Góry, przewija się w powieści „Urodzony w Święto Zmarłych”, wydanej w 1995 roku, choć już w 1991 roku w Teatrze Polskiego Radia wyemitowano słuchowisko pod tym samym tytułem. Bohaterem powieści jest Kazik Kranz, urodzony na polsko-niemieckim Pomorzu, w 1939 roku, syn Niemca, żołnierza Wehrmachtu, zaginionego gdzieś na froncie wschodnim i Polki, która po wojnie wraz z dziećmi trafia do Lubania na ulicę Łąkową 3 (obecnie Zaułek). Niewątpliwie opowiadanie ma charakter autobiograficzny i Kazik Kranz to młody Feliks Netz. Sporo opisów dotyczy czasów dzieciństwa w powojennym Lubaniu, postacie są autentyczne, choć wiele imion czy nazwisk zostało zmienionych.
Młody Kazik w końcu lat 40. przeniósł się na ulicy Lenina 64. Jego miejscem zabaw był więc nieuchronnie kamiennogórski park. W oczach dziecka Góra była magiczna i tajemnicza, ale czasem budziła niepokój i strach. Tak z tego okresu, czyli około 1948 roku, opisał ją Kazik Kranz:
„Bo właśnie na początku były dusze czarnych. Całe zastępy. (…) Wynurzały się ze Ślepego Oka, niezgłębionego stawu zwanego też jeziorkiem, który musiał powstać przez stulecia, gdy wybierano bazalt z Kamiennej Góry, podwodnymi przejściami dostawały się do swoich domów wybudowanych w ciemnym wnętrzu bazaltowego garbu. Przedostawały się na niewielki cmentarz żołnierzy radzieckich – podziemnymi korytarzami i bardzo to możliwe, że zajęły trumny, usunąwszy z nich najpierw radzieckich żołnierzy, bo kiedy coś w Kamiennej Górze pękło i spadła do wody murowana skocznia na basenie wieńczącym ów miejski garb, otworzyło się kilka mogił i przez szerokie na palec szpary w wiekach trumien widać było coś czarnego, pierzastego, szedł od tego ziąb i smród.”
Ślepe Oko (dzisiaj zwane Kociołkiem) jednakże wciąż przyciągało Kazika i jego kolegów, jak Janka Rutkowskiego5, zamieszkałego wówczas na ulicy Hanki Sawickiej 2 (dzisiaj ul. Strzelecka, to także i mój pierwszy meldunek po urodzeniu):
„Nie jeden raz wymykałem się z domu i biegliśmy z Jankiem Rutkowskim na Kamienną Górę i zatrzymywaliśmy się nad stawem z wodą gęstą, burą i zakrzepłą. „Patrz!” – Janek stłumił krzyk i rzucił kamień w wodę. Został na tafli, jakby od spodu spoczywał na niewidocznej dłoni. Krzyknąłem ze zgrozy. Teraz ja! Rzuciłem, specjalnie wybrany płaski kawałek bazaltu, Woda przyjęła go i zamknęła się nad nim z łapczywym mlaśnięciem.
– Jak to możliwe? – mówię do siebie, do stawu i do Janka Rutkowskiego, który jest chłopcem delikatnym, kruczowłosym, wszystkowiedzącym, INNYM, jakim na pewno nie potrafiłbym być.
– Ja już tam byłem – mówi ten chłopiec o poważnych, dorosłych oczach.
– Ale gdzie?!
– W samym środku.
W samym środku, ale czego!? – Kiedy tam byłeś?
– Zawsze, kiedy tylko mi się chce. Wchodzę tędy – pokazał niszę w bazalcie u zbiegu z powierzchnią wody – tam są schody, które prowadzą do…
– …do? – uczepiłem się spojrzeniem jego warg, z których miało zstąpić coś bardzo ważnego. Ale on milczy, zapomniał o mnie.
Nic mi nie powie. Coś wie, ale wie dla siebie”.
Wnętrze dawnego kamieniołomu na pocztówce przedwojennej. Zbiory J. Kulczyckiego.
Gdy Kazik mieszkał na ulicy Łąkowej (obecnie Zaułek) poznał mieszkającego w tym samym budynku Niemca, Oskara Hampla, który pozostał w Lubaniu jako niezbędny dla miasta specjalista w gazowni miejskiej. Do 1945 roku mieszkał na Am Steinberg czyli dzisiejszej Alei Kombatantów, po wojnie przesiedlony na Łąkową 3 (dziś Zaułek, budynek wyburzony), gdzie poznał młodego Kazika. Jego mieszkanie na Am Steinberg zajął komunista, nowy dyrektor gazowni Brunon Tartakower. W nie wyjaśnionych okolicznościach Niemiec zmarł z powodu ulatniającego się gazu w mieszkaniu i to w dzień śmierci Józefa Stalina czyli 5 marca 1953 roku. Śmierć była o tyle dziwna, gdyż Hampel powtarzał:
„- Gaz, wdychany, zabija, stąd też nie wolno władzy nad nim oddać w niefachowe ręce.”
Na prośbę Kazika, którego nurtowała tajemnica Ślepego Oka, na kilka lat przed śmiercią, w końcu lat 40., zabrał go do Kociołka na Kamiennej Górze:
„Stanęliśmy nad Ślepym Okiem, nieruchomo wpatrzonym w niebo zaciągnięte kłębiastymi chmurami.
– Obłoki jak świńskie ryje – powiedział Oskar Hampel. Wszedł w wodę i nie oglądając się za mną, dodał: – Wejdziemy tamtędy! – wskazał tę samą niszę, o której mówił Janek Rutkowski.
Stałem na brzegu stawu niemy i rozdygotany, ponieważ na własne oczy widziałem, że Oskar Hampel stąpa po wodzie jak po twardym, litym bazalcie. Doszedł do niszy i zaczął zstępować po niewidzialnych stopniach. Był zanurzony w wodzie po pas, ale nie słyszałem najmniejszego plusku, nie dostrzegłem najdrobniejszego poruszenia wody. Oskar Hampel skinął na mnie i powiedział: Komm! – a nie widząc, abym był gotów go usłuchać, cofnął się o jeden, czy dwa stopnie; nie był zmoczony poniżej pasa. Co miało być zachętą dla mnie i ośmieleniem. Zrobiłem pierwszy krok w wodę, przygotowany, że mogę nie trafić na nic, na czym mógłbym oprzeć stopę, a ledwie dotknąłem powierzchni wody, poczułem, że mój but stoi na czymś mocnym i pewnym. Drugi krok. Utrzymałem się na powierzchni. Oskar Hampel już na mnie nie czekał – zstępował po niewidzialnych stopniach, zniknął do połowy pleców; następny stopień, jeszcze widziałem jego ramiona; przyśpieszyłem kroku – woda Ślepego Oka była zwarte, gładka i twarda. Ślizgały się po niej ważki. Od bazaltowej ściany oderwał się czarny ułamek i wpadł do wody. Bez pluśnięcia. Ale woda zamknęła się nad nim. Byłem o krok od niszy, gdy nad głową Oskara Hampla w cywilnej czapce, której kształt przypominał mi jednak polowe czapki niemieckich żołnierzy, zamknęła się woda równie bezgłośnie jak nad skalnym odłamkiem. Nie szukałem stopnia niewidzialnych schodów, on sam podszedł pod moje nogi, po nim następne stopnie, a gdy powierzchnia wody niemal dotykała moich nozdrzy nabrałem powietrza w płuca i dwoma palcami, niczym klamerką, zacisnąłem nos, tak jak robią to niektórzy chłopcy wskakując z pierwszego piętra skoczni do basenu „na nogi”. Ale było to zbyteczne, ponieważ moje płuca nie doświadczyły żadnego zagrożenia, owszem, łaknęły powietrza, więc zwolniłem klamerki palców i głęboko odetchnąłem.”
Na tym urywa się wątek tajemnicy Ślepego Oka.
Wnętrze dawnego kamieniołomu na Kamiennej Górze – poszukiwanie wylotu sztolni, 2012. Zbiory własne.
Niestety nie zdążyłem porozmawiać z Feliksem Netzem na temat Ślepego Oka i tajemniczych schodów do podziemi. Udało mi się jednak za pośrednictwem Beaty Netz, żony Feliksa, przesłać pytanie w tej sprawie Janowi Robinsonowi, mieszkującemu w Hajfie w Izraelu, niestety bez odpowiedzi…
Janusz Nawrocki i Jan Robinsohn w Świeradowie. Zbiory J. Nawrockiego.
Po kilkudziesięciu latach od tego wydarzenia, w 2011 roku odnalazłem w Archiwum Państwowym w Lubaniu kalkę techniczną z 1944 roku z projektem budowy sztolni pod Kamienną Górą. Na rysunku jeden z tuneli miał wychodzić… przy oczku wodnym w Kociołku. Próby dotarcia do niego jednak okazały się daremne. Czyżby w okresie powojennym krążyły wśród osadników opowieści, zaczerpnięte od jeszcze mieszkających tutaj Niemców, iż były próby drążenia tunelu od strony Ślepego Oka? Zapewne tak i stąd wątek ten utrwalił się w pamięci Feliksa Netza, a następnie został przelany na karty powieści.
Fragment projektu sztolni pod Kamienną Górą. Zbiory AP Oddział Bolesławiec. Fot. T. Bernacki.
Bolesław Bierut na Kamiennej Górze
Feliks Netz był tak zafascynowany Kamienną Górą, iż w powieści „Urodzony w Święto Zmarłych” przeniósł na jej szczyt wydarzenie, które nigdy nie miało miejsca – przybycie na święto majowe do Lubania prezydenta Bolesława Bieruta. Wspomniany już Jan Robinsohn miał w rzeczywistości spotkać Bieruta na Zlocie Młodych Przodowników w 1952 roku Warszawie6. Po powrocie do Lubania, na polanie przed cmentarzem żołnierzy radzieckich, Jan Rutkowski przedstawił całą relację uczniom trzech lubańskich szkół (w powieści kilkuosobowej grupie kolegów i koleżanek):
„- Janek mówił w natchnieniu, słowem precyzyjnym narysował przed nami oblicze Bieruta, odmalował brzmienie jego głosu, ciepło bijące od jego postaci, grację ruchu. Mówił jak czarodziej. Uwodził jak szaman. Słuchano go w ekstazie….”.
F. Netz w okresie nauki w liceum. Fotografia z książki „Nie byłem sam” pod red. M. Kisiela i T. Siernego, 2009.
Jan Rutkowski mówił na tyle realistycznie, iż młody Kazik/Feliks wyobraził sobie, iż Bolesław Bierut znalazł się na wiecu politycznym na Kamiennej Górze:
„Działo się to na Kamiennej Górze, niedaleko basenu, lecz, co ważniejsze, w pobliżu cmentarza żołnierzy radzieckich. (…) Niebo nad Kamienną Górą opuściło się znacznie, jakby chciało dobrze widzieć to, co się na niej dzieje, i słyszeć to, co jest wypowiadane…” 7.
Bierut na Zlocie Młodych Przodowników w 1952 roku Warszawie. Źródło domena publiczna.
„- I mnie spotkało to wielkie szczęście – skanduje natchniony Janek – że Bolesław Bierut podszedł do mnie i położył rękę na mojej głowie. (…)
Bolesław Bierut zdjął rękę z głowy Janka Rutkowskiego i obrócił się ku panu Skowierżakowi. Stanął przed nim twarzą w twarz. W schludnym garniturze. Starannie zaczesany do góry. Włosy miał wilgotne, dlatego nie drgnął ani jeden osobny włosek.
– Hej, wy, konie, rumaki stalowe! – przemówił Bolesław Bierut głosem chrapliwym, odrobinę astmatycznym, ale pełnym żaru.
– Hej, na pola prowadźcie że nas! – odpowiedział lud zgromadzony na Kamiennej Górze. (…)
Pan Skowierżak wykonał opętańczy piruet – jeszcze czuję zamęt w głowie – porwał w objęcia ciebie, Janku! Lecz nie do tańca. Ściska cię, całuje, coś mówi, dochodzą do mnie ułamki słów, wszyscy… zachwyceni… jak Kamienna Góra Kamienną Górą…”
– Wielka praca jest przed nami! Głos Bolesława Bieruta uderzył niczym ciężki młot w nisko sklepione, oniemiałe niebo. Uderzenie było tak silne, że poczuł je każdy, jakby młot spadł na głowę każdego z nas, zebranych na Kamiennej Górze. I w tym wspólnym znieczuleniu i jednoczącym nas ogłuszeniu, huknęliśmy zgodnie pieśń szczęśliwą:
-Sześcioletni wielki plan! Sześcioletni wielki, wielki plan!
Powroty na Kamienną
Pomimo, iż w 1956 roku Feliks Netz wyjechał na zawsze z Lubania to wielokrotnie do niego powracał, nie tylko w utworach czy myślach, ale także przyjeżdżając tutaj. Co raz częstsze powroty przyszły wraz z wiekiem, gdy Feliks Netz zaczął tęsknić do miejsca z dzieciństwa oraz dobrych znajomych. Od 1997 roku odwiedzał w Lubaniu także kolegę, a z czasem przyjaciela, również artystę (malarza) Janusza Nawrockiego, którego siostra Zosia, chodziła z przyszłym pisarzem do jednej klasy. Oczywiście miejscem spotkań był stok Kamiennej Góry z widokiem na Karkonosze i Góry Izerskie. Tak te odwiedziny wspomina p. Janusz Nawrocki:
„Po latach korespondencji i rozmowach telefonicznych, po raz pierwszy spotkałem się z pisarzem właśnie na Kamiennej Górze. Zorganizowałem spotkanie w piękne sierpniowe popołudnie na mojej działce rekreacyjnej na południowo-wschodnim zboczu. Jako tłumacza literatury węgierskiej powzięliśmy naszego goście gulaszem. Okazało się, że nie mogłem wybrać lepszej scenerii. Pomimo trzynastoletniej różnicy wieku, poczułem się jakbym rozmawiał z kimś, kogo znam od zawsze. Nasza rozmowa (i późniejsze) przeciągały się do późnej nocy. Feliks był wspaniałym, uważnym słuchaczem. Miał fotograficzną pamięć jeśli chodzi o osoby z czasów pobytu w Lubaniu, także w stosunku do miejsc. Nie obeszło się bez spaceru po Kamiennej Górze, gdzie z zadumą stanął pod dębem szypułkowym Franciszka Komendzińskiego, z łezką w oku popatrzył na ruiny basenu, kociołek z jeziorkiem, Zameczek. Oczywiście poszliśmy pod budynek szkoły przy ul. Górnej. Niestety mogliśmy popatrzeć tylko w okna jego klasy na parterze od strony trawersu zbocza. Nie mógł się też nacieszyć widokiem leżących u stóp masywu miejsc z jego dzieciństwa – Księginek, gdzie był jego drugi lubański adres przy ulicy Stawowej 13 i następny przy Leśnej 64 (ob. Kościuszki 17), gdzie stoi domek, w którym spędził, jak sam powiedział, najlepsze młodzieńcze chwile. Pamiętam słowa, które wypowiedział, patrząc w dal, gdy oczy mu się zeszkliły:
– w Katowicach do lasu na spacer z psem mam siedem minut, ale takiego błękitnego nieba jak tu nad Kamienną Górą, czystego powietrza i gór w oddal nigdy miał tam nie będę.”
Feliks Netz i Janusz Nawrocki na wschodnim zboczu Kamiennej Góry. Zbiory J. Nawrockiego.
Po raz ostatni Feliks Netz gościł w Lubaniu w 2013 roku. Niestety dwa lata później zmarł w Katowicach. Tak opisał na moją prośbę te dwa ostatnie lata wspomniany już Janusz Nawrocki:
„Cieszyłem się z przyjaźni tego znakomitego twórcy, skromnego i dobrego człowieka. Zawsze wypytywał o Lubań, miasto dzieciństwa i młodości. Podczas ostatniego pobytu w Lubaniu, w 2013 roku, w wywiadzie dla TV Komsat użył sformułowania:
– Każdy pisarz musi mieć takie miejsce, jest takie określenie łacińskie axis mundi – oś świata. I trzeba mieć taką oś świata, której człowiek się trzyma. Ta oś świata przebiega u mnie przez Lubań i przez Górny Śląsk (…).
Pójdę dalej tym tokiem myślenia – oś świata Feliksa Netza znajdowała się na Kamiennej Górze. Kamienna Góra dla przybysza z płaskich Kujaw stała się miejscem egzotycznym i tajemniczym, często pobudzała wyobraźnię małego wrażliwego chłopca. Stała się miejsce wypraw, poznawaniem jej tajemnic. Zwłaszcza nad kamiennogórskim kociołkiem i jeziorka te doznania znajdą swoje odzwierciedlenie na kartach powieści „Urodzony w Święto Zmarłych” Krótko przed śmiercią w zbiorze poezji „Krzyk sowy” (wysoko cenionej przez znawców literatury) Kamienna Góra także jest obecna, zwłaszcza w utworze „Chłopiec idzie do szkoły”. To właśnie szkoła podstawowa nr 3 przy ulicy Górnej była bazą wypadową na pierwsze eksploracje. To właśnie ze swoim przyjacielem Jankiem Rutkowskim odkrywali tajemnice Kamiennej, to na jej zboczu część swoich „chłopackich” czasów spędził w domu państwa Komendzińskich, przyjaźniąc się z ich synem Heńkiem. Stąd były pierwsze wyjścia na narty, wyprawy w kierunku leśniczówki, co urastało do niemal wyczynu…
O chorobie skrywanej wiedziałem, jednak we wrześniu 2013 roku, gdy żegnaliśmy się po jego spotkaniu ze szkolnymi koleżankami i kolegami, nie przypuszczałem, że jego słowa o axis mundi to pożegnanie z Lubaniem. Później już było powolne umieranie, ale nie ustawał w pracy twórczej do ostatnich dni. Zależało mu, by ostatnie wiersze „Laudacja” i „Niewłączone do Księgi Psalmów” o tematyce lubańskiej, dotarły do czytelników Ziemi Lubańskiej, o co prosił w korespondencji mailowej. Jeszcze na dwa miesiące przed odejściem pisał do mnie:
– da dobry Bóg, abyśmy jeszcze spotkali się na Twojej łączce na zboczu Kamiennej Góry”.
Feliks Netz na tle pomnika przyrody jawora „Franciszek Komendziński”. Zbiory J. Nawrockiego.
Śmierć Feliksa Netza jednak nie zakończyła jego związku z Lubaniem. Janusz Nawrocki nie pozwolił o nim zapomnieć mieszkańcom miasta. Najpierw w czerwcu 2016 roku odsłonięto tablicę pamiątkową obok budynku przy ulicy Kościuszki 17, gdzie codziennie z okien spoglądał na Kamienną Górę i gdzie napisał swoją pierwszą powieść „Popieliszcze”. Ale na tym nie koniec, Janusz Nawrocki na tyle skutecznie i barwnie snuł opowieści o tej wybitnej dla Lubania postaci, iż zachęcił radnych miasta, aby plac przy ratuszu miejskim nazwać imieniem pisarza, co stało się w październiku 2018 roku. W ten sposób Feliks Netz na trwałe wpisał się w historię naszego miasta. Tak, jak kiedyś polonista licealny Ludwik Anioł zaszczepił u nastoletniego Felka miłość do poezji podsuwając do czytania wiersze Siergiusza Jesenina czy Józefa Czechowicza, tak być może współcześni poloniści to samo zrobią prezentując młodzieży utwory Feliksa Netza. W jednym z ostatnich spotkań z mieszkańcami Lubania, Feliks Netz powiedział:
„- Dzisiejszy Lubań mnie zachwyca…to wasze dzieło. Natomiast duch Lubania to coś mojego… Tak, duch Lubania to moja specjalność” 8.
Niewątpliwie powulkaniczna Kamienna Góra odcisnęła swe piętno na Feliksie Netzu. Po nim były kolejne roczniki uczniów, dla których wzgórze było miejscem zabaw, poznawania przyrody, ale i wagarów czy pierwszych miłości. Słuchając bezpośrednio czy czytając wspomnienia starszych pokoleń lubanian można odnieść wrażenie, że to Czarodziejska Góra. Zawsze wyłania się w ich wspomnieniach jej pozytywny obraz, nawet jeśli były to czasem wizyty wymuszone, jak choćby pochody majowe czy capstrzyki na cmentarzu żołnierzy radzieckich. Także i mnie „dopadło” to zafascynowanie Kamienną, ale nie mogło być inaczej, gdyż uczyłem się w Szkole Podstawowej nr 3 na ulicy Hanki Sawickiej, mieszkałem na ulicach Strzeleckiej, Mickiewicza i Gajowej (M.Buczka), spędzając każdy wolny czas, czy to latem czy zimą na jej stokach. Bez wątpienia Góra rzuci urok jeszcze na wiele następnych pokoleń, które będą jak Feliks Netz wracać ze wspomnieniami i łezką w oku na jej czarno-zielone zbocza.
Dziękuję koledze Januszowi Nawrockiemu za inspirację do napisania powyższego tekstu, a także za osobiste wspomnienia o pisarzu.

Tomasz Bernacki jest znanym lubańskim regionalistą i badaczem historii Lubania oraz Dolnego Śląska i Górnych Łużyc. Zawodowo pełni funkcję Naczelnika Wydziału Ochrony Środowiska i Gospodarki Przestrzennej Urzędu Miasta Lubań
Przypisy:
1 Genius loci – duch lub demon władający albo opiekujący się jakimś miejscem, co sprawia, że dana przestrzeń jest jedyna w swoim rodzaju.
2 F.Netz używa określenia na Lubań – „Unreal city” z wiersza T.S.Eliota ze zbioru wierszy p.t. „The Waste Land”, 1922.
3 W Lubaniu była także ulica Generalissimusa Józefa Stalina – obecna ulica Henryka Dąbrowskiego.
4 Ziemia Lubańska nr 12, 2014.
5Jan Rutkowski jest postacią autentyczną, właściwie to Jan Robinsohn, który opuścił Polskę w 1956 roku i zamieszkał w Hajfie w Izraelu. Został adwokatem, przez wiele lat zajmował się odszkodowaniami dla ofiar nazizmu. W latach 1993-2010 pełnił funkcję konsula honorowego RP w Hajfie, w 2016 roku decyzją Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej. W 2019 roku przyjechał na spotkanie z Beatą, wdową po Feliksie Netzu oraz Januszem Nawrockim. Wówczas odwiedził także Świeradów Zdrój oraz miasto swojego dzieciństwa – Lubań.
6 Ojciec Jana Robinsohna, Nathan był znajomym premiera Józefa Cyrankiewicza (vel Szpilman), razem przed wojną studiowali prawo w Krakowie. Ponoć Cyrankiewicz pomógł w 1956 roku w opuszczeniu Polski przez Jana Robinsohna.
7 Po założeniu w 1945 roku na skraju parku cmentarza żołnierzy radzieckich poległych w Bitwie Lubańskiej, na placu przed nim (dziś stoją tam ruiny byłego hotelu) odbywały się uroczystości związane z uczczeniem poległych sołdatów. Również stamtąd ruszały pochody pierwszomajowe w dół do miasta.
8 Podróż sentymentalne Feliksa Netza. Ziemia Lubańska nr 15, 2010 s. 12.







