Cywile zamordowani przez Niemców na Woli
W dziejach każdego narodu znajdą się momenty chlubne i tragiczne. Tych drugich też nie można przemilczać. Wręcz przeciwnie, trzeba o nich pamiętać i wyciągać wnioski. Niedobrze jest jednak, jeśli klęskę humanitarną próbuje się zmienić po latach w „moralne zwycięstwo”. A niestety mamy taki przykład w historii najnowszej. Jest to Powstanie Warszawskie, które wybuchło 1 sierpnia 1944 r. i po dwóch miesiącach zakończone zostało klęską i rzezią Polaków oraz fizyczną zagładą miasta.
W połowie 1944 roku karty były już rozdane. Wojna jeszcze trwała, i miała potrwać jeszcze blisko rok,
ale jej wynik w Europie był już przesądzony. Niemcy bronili się zajadle, ale byli w ciągłej defensywie, naciskani od trzech stron. Od roku cofała się na froncie wschodnim (po przełomowych bitwach o Stalingrad i Kursk w 1943 r.), od niedawna istniał też front zachodni, gdzie Niemcy cofali się
pod naciskiem Amerykanów i Brytyjczyków (od desantu w Normandii w czerwcu 1944 r.), na dodatek od 1943 istniał też front włoski (znany nam m.in. z bitwy o Monte Cassino w maju 1944 r.).
Niemcy byli po prostu słabsi od aliantów i nie mieli już szans na odwrócenie losów wojny.
Na dodatek Europa Wschodnia, w tej liczbie i Polska, była skazana na zajęcie przez wojska radzieckie
i na powojenną przynależność do strefy wpływów tego państwa. Akurat Polacy mieli przy tym jak najgorsze doświadczenia, ze stalinowskim reżimem włącznie (dość wspomnieć ostatnie wymordowanie polskich oficerów w Katyniu w roku 1940, czy wywózki polskiej ludności Kresów w tym samym roku), więc nie powinni mieć złudzeń co do jego intencji.
Do 1943 r. na czele Armii Krajowej (AK), będącej główną podziemną siłą militarną w okupowanej Polsce, stał świetny, niezwykle doświadczony oficer Stefan Rowecki (Grot), przedwojenny zawodowy pułkownik, a w konspiracji generał. Ten dowódca był na wskroś realistycznym wojskowym, zdeklarowanym antykomunistą i raczej nie dopuściłby do samobójczej awantury. Niestety, końcem czerwca 1943 r gen. Rowecki został aresztowany w Warszawie, a jego następcą na stanowisku komendanta AK został gen. Tadeusz Komorowski (Bór).

Grób powstańczy
Idea powstania w Warszawie narodziła się w kierownictwie AK w miarę zbliżania się armii sowieckiej do Polski. Powstanie w stolicy miało być zwieńczeniem ruchu zbrojnego w całym kraju, znanego pod kryptonimem „Akcja Burza”. Właśnie owa akcja, rozpoczęta w 1944 na Kresach Wschodnich, miałaby dużo dać do myślenia przywódcom. Tak się jednak nie stało.
„Akcja Burza” na wschodzie (zwłaszcza w rejonie Wilna), miała podobny przebieg. Otóż po okresie początkowej współpracy AK z Rosjanami przeciw Niemcom, następowały sowieckie represje.
Większość oficerów AK aresztowano i wywożono w głąb ZSRR. Niektórych oficerów (gdy mieli szczęście), szeregowych i podoficerów w najlepszym razie wcielano do Wojska Polskiego, które od Lenino walczyło obok armii sowieckiej. Nierzadkie były również egzekucje dawnych AKowców. Tylko ktoś naiwny mógł
sobie wyobrażać, że w stolicy i okolicy Rosjanie zachowają się inaczej niż na Kresach.
W 1944 r. teren Warszawy i okolic był podzielony na siedem Obwodów Armii Krajowej, w których działały zorganizowane struktury podziemnej armii. Wobec zbliżającego się frontu, w dowództwie Armii Krajowej zapadła decyzja o podjęciu otwartej walki zbrojnej z Niemcami w stolicy. Cel akcji był dwojaki: związanie walką sił niemieckich, co ułatwiłoby Rosjanom zdobycie Warszawy oraz objęcie władzy przez polskie struktury administracyjne w momencie wkroczenia do stolicy Sowietów.
W opinii gen. Komorowskiego i jemu podobnych, powstanie w Warszawie miało równocześnie wstrząsnąć światową opinią i dać świadectwo. AKowski generał najwyraźniej wyobrażał sobie, że w międzynarodowej polityce decyduje głos sumienia. Takie założenia byłyby realne, gdyby w grę wchodziło wkroczenie wojsk USA lub Wielkiej Brytanii.
Niestety najbliżej do Polski miał akurat Józef Stalin, a od 1943 było już oczywiste, że to jego wojska do nas wkroczą, i to raczej prędzej niż później. Ile jest wart ten „sojusznik”, to jak wspomniałem, pokazały już wcześniejsze kresowe epizody „Akcji Burza”.
Faktem jest, że Warszawiacy początkowo przyjęli wybuch powstania z entuzjazmem i trudno się dziwić ich reakcji, po 5 latach okupacji i niemieckiego terroru. Mniej znanym faktem jest i to, że ów entuzjazm z biegiem szybko malał. Już pierwszy dzień przyniósł bowiem powstańcom pokaźne straty, zważywszy na dysproporcje w uzbrojeniu. Z dnia na dzień było już tylko gorzej i bardziej krwawo.
AK owszem wyzwoliła kilka dzielnic w lewobrzeżnej Warszawie, natomiast na prawym brzegu tzn. na Pradze, powstanie miało minimalny zasięg. Powstańcom ostatecznie nie udało się opanować głównych instytucji ani najważniejszych szlaków komunikacyjnych stolicy. Hitlerowcy mogli więc swobodnie się przemieszczać, a powstańcze dzielnice już po niedługim czasie stały się izolowanymi „wyspami”.

Zamordowani przez Niemców mieszkańcy Woli
Już po kilku dniach od rozpoczęcia Powstania Warszawskiego Niemcy dopuścili się wielkiej zbrodni wojennej na mieszkańcach stolicy z dzielnicy Wola, znanej jako Rzeź Woli. W ciągu 3 dni (od 5 do 7 sierpnia) wymordowali ponad 30 tysięcy cywili. Ich barbarzyństwo (w jednej dzielnicy i tygodniu) liczbą ofiar przypominało stalinowską zbrodnię w Katyniu, czy ukraińską na Wołyniu. Niejako w cieniu tej masakry, doszło również do podobnych wydarzeń w dzielnicy Ochota.
Owe zbrodnie miały nie tylko pełną aprobatę z samej góry III Rzeszy, ale wręcz dokonano
ich na rozkaz stamtąd. Sam Hitler początkowo nakazywał nie brać jeńców i mordować jak leci
powstańców i cywilów w celu zastraszenia innych okupowanych regionów. Szef SS Heinrich Himmler,
otwarcie nazywał powstanie błogosławieństwem, zapowiadając wymordowanie Warszawiaków pod pretekstem tego zrywu.
Ostrzał artyleryjski na stolicę
Już po tygodniu było więc jasne, na co się zanosi. AK broniła się w kilku odciętych dzielnicach, Niemcy palili i mordowali na skalę hurtową, a Rosjanie zatrzymali front konstatując widowisko! Polskiemu dowództwu pozostało więc tylko wzywanie pomocy do aliantów zachodnich, ta jednak siłą rzeczy była ograniczona, ze względu na odległość. Znamienny jest fakt, że Rosjanie nie zezwolili na lądowanie brytyjskich samolotów z zaopatrzeniem na wyzwolonych już spod niemieckiej okupacji terenach między Wisłą a Bugiem. Decyzję o pomocy powstaniu podjął gen. Zygmunt Berling. Pod ciężkim niemieckim ostrzałem, pododdziały 1 Armii Wojska Polskiego w sile 5 tys. ludzi pokonały Wisłę i zajęły przyczółek na Czerniakowie. Niestety, słabo przygotowany desant na lewobrzeżną część Warszawy i brak doświadczenia żołnierzy w walkach w mieście, doprowadziły do fiaska tej operacji. W walkach poległo około 3,5 tys. Berlingowców.

Generał brygady Tadeusz Komorowski – Bór
Powstańcom pozostały więc tylko zrzuty nad Warszawą. Po miesiącu krwawych walk było już jasne, że powstanie jest skazane na porażkę, a miasto na zagładę (w początkach września w rękach powstańców były jeszcze trzy izolowane dzielnice: Śródmieście, Mokotów i Żoliborz). Nie nadeszła pomoc ani z kraju (idące na pomoc stolicy jednostki AK zostały rozbite przez Niemców jeszcze przed Warszawą), ani zza granicy, ani tym bardziej zza wschodniego frontu. Jednym, jedynym politycznym osiągnięciem było brytyjskie żądanie uznania powstańców za żołnierzy, w końcu przyjęte przez Niemców (wczesniej Niemcy traktowali powstańców jak terrorystów). Miało to kapitalne znaczenie dla AKowców idących do niewoli, bo nie czekała ich natychmiastowa egzekucja, tylko pobyt w obozie jenieckim, gdzie istniała szansa przeżycia istniała.
Mało kto wie, że w dniach 9-11 września toczyły się tajne rozmowy pomiędzy AK a Niemcami na temat kapitulacji powstania. Każdy rozumny dowódca, nie mając żadnych szans zwycięstwa, a wiedząc o prawach zapewnionych dla jeńców, w tym momencie zakończyłby walkę dla zaoszczędzenia dalszego przelewu krwi. Każdy, ale nie gen. Komorowski. Ten dalej dawał świadectwo, heroizmu żołnierza powstańczego, jakby 40 dni przelewanej krwi na to nie wystarczyło. Powodem zerwania negocjacji, zresztą przez stronę polską (!!!) była wiadomość o radzieckiej ofensywie. Najwyraźniej gen. Bór uwierzył, że Rosjanie posłuchali głosu sumienia i zmienili swoje podejście pod wpływem powstania. Miastu zafundowano więc 20 dni dodatkowej agonii i tysiące dalszych ofiar, w ramach „dawania świadectwa”.

SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski
Armia Czerwona zajęła 14 września prawy brzeg stolicy w tym (Pragę) i … ponownie się zatrzymała!
Pod koniec września padły ostatnie powstańcze bastiony (Mokotów i Żoliborz), a broniło się już tylko Śródmieście. Generał Komorowski dopiero wtedy zrozumiał, że tej walki jednak nie wygra, i 2 października podpisał w Ożarowie pod Warszawą warunki kapitulacji przedstawione mu przez dowódcę sił niemieckich pacyfikujących powstanie SS-Obergruppenführera Ericha von dem Bacha-Zelewskiego.
W Powstaniu Warszawskim zginęło blisko 20 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej, 3500 tysiąca żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego wspierających siły powstańcze, około 1 tysiąca żołnierzy Armii Ludowej i pół tysiąca żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. 5 tysięcy wszystkich walczących żołnierzy zaginęło, a 25 tysięcy zostało rannych. Najwięcej ofiar Powstania Warszawskiego było po stronie ludności cywilnej. Szacuje się że śmierć poniosło ponad 150 tysięcy cywilnych mieszkańców Warszawy. W trakcie 2-miesięcznych walk zniszczono ponad 25% zabudowy lewobrzeżnej Warszawy, a po ich zakończeniu (na osobisty rozkaz Hitlera) jeszcze drugie tyle. Wraz ze stratami z 1939 r. (obrona stolicy w kampanii wrześniowej) i 1943 r. (zniszczenie getta) oznaczało to ruinę dla 80% zabudowy stolicy na drugim brzegu. Ponad 500 tys. Warszawiaków zostało wypędzonych z miasta, a stolica Polski na kilka miesięcy stała się „miastem widmem” – bezludną kupą gruzu.
Powstańcy warszawscy na barykadzie
Powstanie przyniosło Polakom potężne straty, a wrogom niewielkie. Szacuje się że zginęło od 1500 do 2500 żołnierzy i policjantów (przy czym trzeba pamiętać że wielu z nich nie było Niemcami, bowiem powstanie w mundurach SS pacyfikowali m.in. Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini z Pułku SS RONA, a także pospolici mordercy z różnych krajów Europy skupieni w Pułku Specjalnym SS pod dowództwem SS-Oberführera Oskara Dirlewangera.
Powstanie nie osiągnęło też żadnego celu militarnego, a można się nawet skłaniać ku tezie, że ułatwiło powojenną stalinizację Polski, oczywiście wbrew intencjom jego przywódców. Stalin pozbył się bowiem tysięcy potencjalnych przeciwników (polskich patriotów z AK), tym razem cudzymi rękami – wymordowała ich konająca, ale wciąż groźna III Rzesza.
Jedna z powojennych ekshumacji mieszkańców Warszawy
Gdyby nie 2 miesiące heroicznej walki latem 1944 r., szeregi powojennych żołnierzy podziemia niepodległościowego, byłyby liczniejsze i skuteczniejsze. A też czasów po 1954 r. (tzn. po upadku stalinizmu) doczekało by więcej patriotów, którzy bardziej przydaliby się Polsce żywi.
Nie zdała egzaminu koncepcja „dawania świadectwa”, gdyż II wojna światowa była konfliktem globalnym, a lokalna bitwa (a taką było Powstanie Warszawskie) mogła przyciągnąć uwagę świata maksymalnie przez tydzień. Później przyszły inne epizody, w oczach światowych przywódców i narodów bardziej istotne. Po 2 miesiącach od wybuchu powstania w Warszawie, mało kto na świecie o nim pamiętał. Za naiwność polityków zapłaciła Polska – ceną była zrównana z ziemią stolica i życie ponad 200 tysięcy ludzi.
Powstanie było kolejną, najbardziej dramatyczną demonstracją, która miała pokazać światu, jak wysoko Polacy cenią niepodległość zagrożoną przez sowiecki totalitaryzm. Zamiast jednak, jak wspomniałem, wymusić na aliantach pomoc walczącej Warszawie i stać się najważniejszym argumentem w dramatycznych zmaganiach o utrzymanie niepodległości Polski, powstanie zmusiło premiera Mikołajczyka do poniżających i bezskutecznych zabiegów u Stalina o pomoc militarną. Była to klęska polskich dążeń niepodległościowych.
Ruiny Warszawy
Jednocześnie, co należy podkreślić, powstanie było konsekwencją suwerennej decyzji władz Polski
podziemnej, podjętej w obronie najwyższej wartości, za jaką uznawano niepodległość państwa, lecz wzbudzającej od początku silne kontrowersje wśród polskich polityków i wojskowych, co starałem się przybliżyć. Sporu o to, czy miała ona uzasadnienie, nie zakończono i można przypuszczać, że będzie on ciągle trwałym elementem dyskusji o historii naszej ojczyzny.
Autor: Zbigniew Madurowicz

Zbigniew Madurowicz jest pasjonatem historii, cenionym publicystą i regionalistą związanym ze Stowarzyszeniem Miłośników Górnych Łużyc. Publikuje w Przeglądzie Lubańskim i Gazecie Olszyńskiej. Z wykształcenia jest farmaceutą. Pełni funkcję Wiceprezesa Zarządu Dolnośląskiej Izby Aptekarskiej.
Pan Madurowicz za ten tekst powinien się spalić ze wstydu. Analizy rodem z czasów PRLu. Hańba.
Wręcz przeciwnie. Bardzo merytoryczny artykuł. Brawo Panie Madurowicz. Generał Anders jasno się wypowiedział na temat decydentów którzy wydali rozkaz o wybuchu powstania i nie była to aprobata.
Pani Madurowicz, może lepiej niech pan pisze o dawnych aptekach, a nie podejmuje bardzo trudnego tematu POWSTANIA WARSZAWSKIEGO z taką „narracją”.
Dlaczego 200 tys.ofiar i po co, aby teraz robic parady apele wspomnienia. Jasne ze sie stalo i tego sie nie zmienie ale pytanie czy bylo warto?
Teraz w obliczu zagrozenna swiecie wielu obywateli pewnie by szybko wyjechalo z Polski