Na 800-lecie miasta Lubań. Bogusława Socha „Czas zmienia wszystko…”

Przedwojenny Dom Górski. Obecnie Państwowa Szkoła Muzyczna I Stopnia im. Oskara Kolberga w Lubaniu (obiekt potocznie zwany Zameczkiem)
Zbiegała leciutko po schodach. Raz, dwa, raz, dwa. Chwyciła w dłonie sukienkę, żeby tak bardzo nie plątała się między kostkami. Podniosła mocno na wysokość kolan. Ależ lekko. Wiatr owiewał jej nagie łydki, łaskocząc z przyjemnością. Uśmiechała się. Lubiła taki łaskoczący powiew ciepłego i lekko chłodzącego wiatru. Raz, dwa, raz, dwa.
Zbiegała coraz niżej długich schodów. Czuła się tak lekko, jakby była małą dziewczynką. Unoszona co chwilę sukienka dodawała jej jeszcze więcej radości. Miała wrażenie, że ma osiem lat, niebieskie lakierki, i spódniczkę w tym samym kolorze, wykończoną dołem przez mamę białą tasiemką. I podkolanówki. Tak, te musiały być. Białe, do samych kolan, i ślicznie ażurowe, takie typowo niedzielne, wyjątkowe, kupowane wtedy, kiedy udało się znaleźć je w sklepie. Dziś ma lat dużo więcej, jednak wciąż tę samą lekkość. Lekkość małego dziecka, zawsze wtedy, gdy sobie na to pozwala. Raz, dwa, raz, dwa. Dużo tych stopni. Gorzej wchodzi się pod górę, bo jakoś są niewymiarowo wysokie. Słyszy rżenie koni i gwar. Ma tak samo długą suknię jak te wszystkie kobiety i dziewczynki, które kręcą się przy swoich wozach. Tak samo długą, zamaszystą, nieco mniej tylko kolorową. Słyszy jakby to było naprawdę, jakby przed chwilą. Mocne dźwięki akordeonów przyprawiają ją o gęsią skórkę. Doskonała harmonia. Nasłuchuje. 8-10 akordeonów na raz. Przeplatają gorącą melodię. Dusza jej się wyrywa, jak zawsze, gdy słyszy taką moc i energię w muzyce. Nie opowiedziałaby tego słowami. Dziś zbiega, wtedy jednak zakradała się nieco przestraszona obcą kulturą, kolorami, mocnymi głosami. Akordeony zawsze kazały jej słuchać. Budziły w jej sercu niewypowiedzianą tęsknotę. Potrafiła słuchać i zalewać się łzami z głębi serca. Poruszały w niej najdelikatniejszą strunę duszy. Nie umiała tego nazwać, nie chciała, by inni widzieli, było to tak osobiste przeżycie, tak intymne… Tabor. Czasem myślała, że mogłaby tak żyć. W podróży, w tańcu, który nigdy nie ustaje, długich kolorowych kolczykach, w wielkiej rodzinie. Trud? Akordeony by jej wynagradzały cały trud. Biegła, a w sercu grało. Ogniem, rytmem, mocą. Tak grało, że wiedziała, że już tego nie chce zatrzymywać. Radości, namiętności, wichru. Biegła? Nie! Frunęła! Muzyką, wspomnieniami. Skąd się wzięły akurat dzisiaj te wspomnienia? Tyle razy tędy przechodziła i nic. A dziś? Super się tak uśmiechać. Czuć motyle w brzuchu, unosić się nad ziemią. Cud życia! Nic takiego się nie wydarzyło w ostatnim czasie, a dla niej życie było cudem. Cudem głęboko ze środka płynącym…

Otoczenie dawnego Domu Górskiego, obecnego Zameczku, nazywane było Śląską Rivierą
Wysokie na metr pokrzywy falowały lekko na wietrze. Przy innych okolicznościach pewnie na maksa byłyby wycięte, wraz z przyciętą nisko trawą. Teraz jednak bujały się w czerwcowym wietrze. Kąpało je słońce ogrzewające ze wszystkich stron. Siedziała naprzeciw nich z lekko przymkniętymi oczami, tyle, na ile pozwalały popołudniowe promienie. Czuła się tak unoszona jak pokrzywy. Obserwowała jak są giętkie, jak pozwalają sobą poruszać, jednocześnie się nie łamiąc. Lubiła gdy przyroda była pozostawiona sama sobie. Lubiła chodzić w takie miejsca. Zapewniały ją o naturalności i akceptacji tego, co jest. Tego jej było trzeba. Naginana przez lata do wymagań, zasad, posłuszeństwa, pozwoliła sobie nieść się życiu. Lekko w prawo, lekko w lewo, do góry. Dokładnie jak piękne liście pokrzywy. Wiedziała, że tuż obok jest magia historii. Pozostałości wulkanu, głazy, które pytała, co je tu przyniosło, tajemnicze mury Zameczku. Teraz jednak słońce kazało jej mrużyć oczy, a pokrzywy patrzyły wprost na nią. Rosnące na wznoszącym się mocno pod górę zboczu. Tuż obok rzędów ławek. Tyle razy był tu hałas, gwar, koncerty, tańce. I wtedy nie było pokrzyw. I wtedy nie było tu jej. Delektowała się wiatrem chłodzącym ogrzewanie słońca. „Om” wybrzmiewało w tle, wibrowało w jej gardle, żołądku. Medytowała. Dłonie oparte na kolanach drżały po wcześniejszym zmęczeniu. Zapach lasu docierał do każdego zakamarka jej ciała. Śpiew ptaków wypełniał każdą komórkę. Słońce rozgrzewało skórę. Utrzymywała zamknięte oczy i wyobrażała sobie życie. Jeśli pozwolisz, ogrzeje Cię słońce. Pozwolisz tylko świecić na siebie, wyjdziesz do niego. Jeśli pozwolisz, otoczy Cię szum drzew, śpiew ptaków. Jeśli pozwolisz, poczujesz się dobrze, bardzo dobrze, lekko. Jeśli pozwolisz się poddać wiatru, nic Cię nie złamie. A w tle brzmiało „om”…

Pierwszy Dom Górski (Zameczek) w Lubaniu
Zameczek. Ilekroć słyszała to określenie, miała momentalnie kilkanaście lat. Maszerowała mocno zdyszana pod wysoką górę. Szum drzew towarzyszył jej od samego dołu. Coraz ciemniej, coraz ciemniej, mroczno. Tym razem była magia, bajkowość, cud. Chłód jesiennego poranka dawał się we znaki młodej dziewczęcej buzi. Wiedziała, że za chwilę czekają na nią dźwięki pianina, wybrzmiewające w śmiesznej sali o okrągłym kształcie i trzech okienkach. Jak księżniczka w wieży, tak się czuła, gdy do niej wchodziła. Stojąc na zewnątrz, wyobrażała sobie, że w tej samej sali jest śliczna dziewczyna w sukni do ziemi, która delektuje się przyrodą zaglądając od okna do okna. Dziś, spowity mocno we mgle Zameczek, wyglądał jak zaczarowany. Wychylał delikatnie swe mury, w które zanurzała się coraz bardziej. Dźwięki pianina słychać było już coraz mocniej. Znów odpływała, w piękno, w magię życia, w cud…
Źródło foto: Tomasz Bernacki

Bogusława Socha jest pedagogiem i zawodowo pracuje z dziećmi w lubańskim Specjalnym Ośrodku Szkolno – Wychowawczym. Z zamiłowania jest poetką. Pisze również opowiadania. Autorka od kilku lat związana jest Dolnośląską Grupą Literacką Nurt.
Autor: Bogusława Socha

Raczej czytam teksty naukowe i historyczne, ale że to o Kamiennej Górze to się zawziąłem i …dałem radę, ba nawet wciągnąłem. Świetne!
Bardzo mi miło. Dziękuję. Bogusława Socha