Jest takie miejsce cz.I
Od dzisiaj przez następne weekendy, będziemy publikować kronikę obozów rowerowych Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Siekierczynie, które w tym roku obchodzą jubileusz XX – lecia powstania. Autorem tekstu jest Prezes TPD w Siekierczynie Bogusław Kulszewicz.
Jest takie miejsce
W roku 1990 reaktywowany został Oddział Gminny Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Siekierczynie. Powstał na bazie poprzedniego, który funkcjonował od kilkunastu lat przy tutejszej szkole podstawowej. Jego członkowie, przede wszystkim nauczyciele tej szkoły, byli również członkami jedynego, działającego w strukturach Oddziału Gminnego, Koła TPD przy Szkole Podstawowej w Siekierczynie.
Od samego początku członkowie nowej siekierczyńskiej organizacji TPD skupili się na realizacji celów statutowych. Organizowano zabawy choinkowe z paczkami dla dzieci, wspierano akcję dożywiania dzieci z rodzin niezamożnych, prowadzono zbiórkę odzieży i żywności oraz organizowano coroczne festyny z okazji Dnia Dziecka. Najbardziej jednak na sercach działaczom TPD leżał problem wypoczynku zimowego i letniego dzieci mieszkających na terenie gminy Siekierczyn. Wprawdzie w roku 1995 zorganizowano niezwykle udany rowerowy obóz wędrowny do Tatarki, a w 1996 podobny w Noblinach na Pojezierzu Drawskim, to jednak brakowało nam stałej bazy wypoczynkowej, z której mogłyby korzystać siekierczyńskie dzieci podczas corocznych wakacji. Fakt ten zmobilizował nas do działania.
Zaczęło się niewinnie, od dyskusji w siekierczyńskim domu kultury. Zastanawialiśmy się, gdzie znaleźć miejsce na zorganizowanie stałego obozu wypoczynkowego dla dzieci. W końcu zapadła męska decyzja. Wspólnie z kolegami, Ryszardem Zielonko i Edwardem Cwynarem postanowiliśmy wyruszyć na poszukiwania. Któregoś dnia, wiosną 1997 roku, objechaliśmy samochodem większą część ówczesnego województwa zielonogórskiego. Szukaliśmy jakiejś szkoły położonej w pobliżu jeziora. Niestety, po wielu godzinach poszukiwań nie udało nam się znaleźć odpowiedniego obiektu. W końcu trafiliśmy do gminy Siedlec. Tam niezwykle ciepło przyjął nas ówczesny wójt Stanisław Piosik, któremu przedstawiliśmy nasz problem. Po namyśle oświadczył nam, że jest taka miejscowość w gminie Siedlec, wieś o dźwięcznej nazwie Boruja. „Jest tam nieczynna szkoła oddalona ok. 1,5 km od Jeziora Kuźnickiego. Jeżeli wam odpowiada to możecie z niej skorzystać” – odparł wójt. Po tej rozmowie natychmiast udaliśmy się do Borui. Dwa budynki nieczynnej szkoły nie wyglądały zachęcająco. Nie było bieżącej wody, w niektórych pomieszczeniach brakowało oświetlenia, w kuchni nie było podłogi, a cieknący dach wymagał naprawy. Humory poprawił nam dopiero widok niezwykle malowniczego Jeziora Kuźnickiego, zwanego Białym, ze względu na wyjątkowo czystą wodę. Prawdziwe walory tego dziewiczego jeziora naprawdę mieliśmy poznać dopiero w przyszłości, podczas kolejnych obozów. Wróciliśmy więc do wójta Piosika i oświadczyliśmy, że miejsce nam odpowiada, jedynie martwi nas brak wody i podłogi w budynku byłej szkoły. Zaproponowaliśmy, że przywieziemy do Borui bojlery elektryczne, kuchenki gazowe, umywalki, lodówki i inny sprzęt niezbędny do wyposażenia kuchni, łazienek i stołówki. „Jeżeli wy dacie sprzęt, to ja dam ludzi, którzy go zamontują, apodłogę też zrobimy” – odparł bez wahania wójt Piosik. Słowa dotrzymał i w czerwcu 1997 r. podłoga była zrobiona, a wymieniony sprzęt, rok później, pomógł nam zdobyć w Niemczech Henryk Jarosiewicz, który znalazł tam sponsora. Tak zaczęła się nasza przygoda z Borują.
Cdn…….







