Historia pewnego znaczka. Jan Paweł II i… Lubań
Wiosna 1983. Już było wiadomo – zbliżała się druga wizyta Jana Pawła II w Polsce. Do tego spotkania, na różne sposoby, przygotowywali się wszyscy, także zdelegalizowana w stanie wojennym „Solidarność”.
Zdzisław Bykowski:
Przyjaciel z internowania, Franek Szelwicki, przed 13 grudnia 1981 członek Komisji Krajowej Związku, zaoferował nam sporą dostawę wpinanych w klapę okolicznościowych znaczków. Miały ich być dwa rodzaje. Jedne przedstawiały sylwetkę Częstochowskiej Madonny, drugi – wizerunek Jana Pawła II z rozpostartymi ramionami i napisem: Solidarność z Ojcem Świętym, II pielgrzymka Papieża Polaka do Ojczyzny – 16-22.06.1983. Dostawa, dwa razy po 5 tysięcy sztuk, miała być przeznaczona na całe ówczesne województwo jeleniogórskie.
Biegły tygodnie i miesiące, a jakoś nikt z województwa nie kwapił się wybrać po przesyłkę. Na trzy tygodnie przez pielgrzymką zaczynało robić się gorąco. W końcu zdecydowałem się jechać sam. Ostrożnie rozmawiam z kilku osobami posiadającymi samochody. Spotkałem się z mniej lub bardziej wiarygodnymi odmowami. (tak na marginesie: co ciekawe, wielu z tych, w których oczach wówczas widziałem – skądinąd zrozumiały – strach, po 1989 roku, po niszczącej „Solidarność” „wojnie na górze” okazało się wielkimi radykałami. I taka też bywa natura ludzka…) W końcu trafiłem na Kazika Wojewodę z Platerówki, który – mimo skomplikowanej sytuacji osobistej – bez chwili zastanowienia zgodził się na wyjazd.
*
Wiosna 1983. Druga wizyta Jana Pawła II w Polsce. Do tego spotkania przygotowywała także służba bezpieczeństwa i milicja obywatelska. W związku z 100. rocznicą urodzin Karola Wojtyły na internetowej stronie Instytutu Pamięci Narodowej opublikowano 15 maja br. ciekawy serwis, dokumentujący trzy pierwsze pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski – w 1979, 1983 i 1987 roku – w świetle materiałów operacyjnych bezpieki i milicji obywatelskiej. W serwisie można znaleźć dokumenty w wersji cyfrowej, fotografie SB, ulotki i wiele innych materiałów z Archiwum IPN. Mieszkańców Lubania zainteresuje z pewnością II pielgrzymka do Ojczyzny, podczas której Ojciec Święty odwiedził Wrocław. Było to dokładnie 21 czerwca 1983 roku. Na spotkanie miało wybrać się wielu mieszkańców Lubania i okolic.
*
Zdzisław Bykowski:
Miałem transport, przyszła kolej na pieniądze. Za znaczki należało zapłacić przy odbiorze. Skąd wziąć tak pokaźną sumę? Niestety, lubańska „Solidarność” nie była zasilana – jak głosiła oficjalna propaganda – ani przez CIA, ani przez Reagana. Rada w radę, ze Stachem Kostką, znaleźliśmy jedyną możliwość – to ksiądz prałat Jan Winiarski. Wybraliśmy się na plebanię i wyłuszczyliśmy sprawę. Po pierwszych zdaniach prałat przerwał nam wywód i krótko zapytał: ile? Gdy jąkając się podałem kwotę, nie drgnęła mu powieka. Na chwilę wyszedł do drugiego pokoju, by wrócić z wyliczoną kwotą. Obruszył się, gdy podsunąłem mu pokwitowanie. Na odchodnym życzył mi powodzenia w misji i… sam nieśmiało poprosił o kilka znaczków.
Ruszyliśmy z Kazikiem do Bielawy. Na wielkim osiedlu odnaleźliśmy adres. Poleciłem Kazikowi, by zatrzymał się z 50 metrów wcześniej i trzymał kluczyk w stacyjce. Gdybym nie wrócił do niego w przeciągu kwadransa i ani sekundy dłużej – miał natychmiast wracać do Lubania. Absolutnie nie sprawdzając co ze mną…
*
Bezpieka interesowała się wszystkim. W dokumentach zgromadzonych w zasobach IPN szczególnie dużo miejsca poświęcano nastrojom panującymi przed papieską pielgrzymką. Operacji przyjazdu Jana Pawła II do Ojczyzny nadano kryptonim „Zorza”, a absurdalność spraw, którymi interesowano się w różnych miejscach w Polsce przed spotkaniem z Ojcem Świętym, nawet po latach zdumiewa. I chodziło nie tylko o miasta – od Warszawy po Kraków – które między 16. a 23. czerwca miał odwiedzić Jan Paweł II. W orbicie zainteresowań znalazł… niewielki Lubań. „Ze Spółdzielni Transportu Wiejskiego w Lubaniu jak dotychczas do Wrocławia wyjeżdża tylko dwie osoby w ramach swoich urlopów. To samo dotyczy ZNTK Lubań, gdzie między innymi pracownicy, którzy chcą jechać, dzień ten biorą z urlopu” – gorliwie raportowano.
*
Zdzisław Bykowski:
W Bielawie odnalazłem wykuty na pamięć adres i zapukałem w ustalony z Frankiem sposób. Przez chwilę nikt nie otwierał ale przez wizjer dostrzegłem pilnie przyglądające się mi oko. Otworzył starszy pan. Podałem hasło, które i dziś pamiętam, bo nie było zbytnio wyrafinowane: „Dzień dobry, jestem kuzynem Franka”. Człowiek zmierzył mnie bacznym okiem i rozejrzał się uważnie po klatce schodowej . Prawidłowo odpowiedział na hasło. Wszystko się zgadzało.
Przeszliśmy do piwnicy w sąsiedniej klatce schodowej. Taka była wówczas konspiracyjna zasada: trefne rzeczy trzymało się w piwnicach zaprzyjaźnionych, ale koniecznie niepodpadniętym esbecji sąsiadów. Na widok przesyłki załamałem się, bo znaczki były… luzem. Cztery wielkie wory, na dodatek przeźroczyste!
Na zewnątrz słoneczne popołudnie. Na ławeczkach przed blokiem wygrzewało się i plotkowało sporo osób, obok bawiły się dzieci. Szkoda było czasu na rozterki. Podzieliłem się pomysłem z współkonspiratorem. Kręcił trochę głową ale zgodził się. Wyszedłem przed blok, niby spokojne podszedłem do naszego samochodu. Powiedziałem Kazikowi o sytuacji. Kazałem mu podjechać przez chodnik, pod same drzwi wejściowe do klatki schodowej. Wróciłem do piwnicy i przekazałem kontrahentowi pieniądze. Na bezczelnego, w dodatku na oczach sąsiadów, zapakowaliśmy worki do bagażnika i ruszyliśmy do Lubania. Pierwszy etap mieliśmy za sobą!
*
„W związku z wizytą papieża w Polsce nie stwierdzono żadnych przygotowań z rejonu lubańskiego do zakłócenia tej wizyty” – raportowano w ramach operacji „Zorza”. Chociaż był wyjątek – zastanawiano się nad… ubiorem kobiet-żołnierek z Platerówki. „W dalszym ciągu przeprowadzane są rozmowy z platerankami z Platerówki odnośnie wyjazdu do Wrocławia na powitanie papieża w mundurach”. Chyba kiepsko szło przekonywanie żołnierek, bo „jak dotychczas rozmowy te nie przyniosły skutku w celu uniemożliwienia wyjazd[u] w mundurach i rozmowy te są prowadzone nadal przez Służbę Bezpieczeństwa”.
Ostatecznie kobiety z Platerówki wzięły swój poświęcony w pierwszym dniu stanu wojennego sztandar i udały się do Wrocławia na spotkanie z papieżem. Były to dla nich niezapomniane chwile. Choć władze obmyślały, aby na to spotkanie… nie dotarły. Ale o tym dowiedziały się od kierowcy wynajętego autobusu, już po powrocie z Wrocławia. W wielkiej tajemnicy wyznał im, że nie tak miała przebiegać ich podróż a on sam otrzymał instrukcje, aby kobiety wysadzić daleko za Wrocławiem. Nie zrobił tego.
*
Zdzisław Bykowski:
Przy wyjeździe z Bielawy czekała nas zagadka. Nie rozwikłałem jej do dziś. Jechaliśmy grzecznie w sznurze samochodów. W pewnym momencie z daleka zobaczyłem stojącego przy skrzyżowaniu młodego człowieka. Cóż, można powiedzieć: facet, jak facet. Ale pierwsza myśl: ubek! Widocznie mieli oni coś w twarzach, że przeważnie (np. gdy przyjeżdżali po mnie do zakładu) rozpoznawałem ich bez trudu, nawet nie potrzebowali się przede mną legitymować. Prócz tego ubiór. W ich środowisku przyjął się pewien sposób ubierania. O ile w czasach stalinowskich były to bryczesy i skórzane płaszcze, o tyle w latach 80. były to ciuchy z pewexów: markowa, zamszowa wiatrówka i drogie sztruksy, na nogach mokasyny. Plus luzacka – jak to się teraz mówi – „mowa ciała”. Zwracało uwagę, że facet uważnie przyglądał się przejeżdżającym samochodom. I tylko na nasz widok wyciągnął notes i coś zapisał. Z miejsca myśl: nasz numer rejestracyjny auta!
W pierwszej chwili nie odezwałem się do Kazika licząc, że niczego nie zauważył. Bo ryzyko było spore. W tamtym czasie za przewóz nawet kilku ulotek groziło, prócz kryminału dla przewożących bibułę, zarekwirowanie samochodu, jako „narzędzia zbrodni”. Po kilkuset metrach jednak nie wytrzymałem i zapytałem Kazika: „Widziałeś?” Spokojnie skinął głową.
W takiej sytuacji zdecydowaliśmy się nie jechać do Lubania najkrótszą, główną drogą przez Jelenią Górę czy autostradą. Wybraliśmy, trochę „na nosa”, możliwie boczne drogi. No, pozwiedzaliśmy trochę…
Dzięki temu dotarliśmy do Lubania bez przygód, ale przed północą. Kolejny problem: gdzie „to” zawieźć? Z księdzem prałatem umówiliśmy się, że ładunek złożymy w piwnicy plebanii. W zaistniałej sytuacji wykluczyliśmy to, bo kościół mógł być obserwowany. Nasze mieszkania też odpadały. Ale przecież nie darmo mówi się, że „grunt to rodzina”. Wpakowaliśmy się więc bezczelnie do mojego kuzynostwa Jankowskich na przedmieściach Lubania. Wyrwałem ich z łóżek i krótko zreferowałem kłopot. Rodzina znała mnie wystarczająco długo, aby zbytnio nie dziwić się mojemu kolejnemu „numerowi”. Starsza część rodziny czuwała a moi rówieśnicy, Zbyszek Pasternak i Bolek Jankowski szeroko otworzyli drzwi stodoły. Wjechaliśmy do środka i wysypaliśmy „łup” na klepisko. Dwie góry znaczków. Kuzyni bez zastanowienia przynieśli rowerowe dętki które pocięliśmy na setki recepturek. Popakowaliśmy znaczki w pakiety po 10 czy 20 sztuk, dokładnie nie pamiętam. O świcie na klepisku leżały gustownie uformowane paczki z podziałem na miasta: Lubań, Jelenia Góra, Zgorzelec i Bolesławiec. Minęły dwa, trzy dni i towar został sprawnie rozprowadzony.
*
Z tą sprawnością bywało różnie. „W ZNTK w Lubaniu ujawniono, że były działacz „Solidarności” Kazimierz Kiljan wśród pracowników rozprowadzał w cenie 100 zł znaczki plastikowe z wizerunkiem Jana Pawła II z napisem „Solidarność z Janem Pawłem II” . Nie wiadomo, ile przywiezionych z Bielawy znaczków dostarczono do tego największego zakładu mieście, jednakże „Służba Bezpieczeństwa zakwestionowała 22 sztuki”. Nie wiadomo, co się z nimi stało, w każdym razie czynności podjęła lubańska SB. Zapewne część szczęśliwych posiadaczy dumnie przypięła znaczki i udała się na wrocławskie spotkanie. Inni zachowali jako pamiątkę. Ich noszenie było bardzo niebezpieczne.
*
Zdzisław Bykowski:
Z oczywistych powodów, prócz bezpośrednich uczestników akcji, lokalizację „hurtowni” znał tylko Stach Kostka. Po chyba dwóch tygodniach wszystkie miasta rozliczyły się z nami z należności za znaczki. Ponownie wybrałem się ze Stachem Kostką do księdza prałata. Jan Winiarski wypytywał o całą akcję zaznaczając: „Na ile mogę znać szczegóły”. Pieniądze przyjął machinalnie, nie licząc, jakby to było coś naturalnego. I ze zniecierpliwieniem, w połowie, przerwał nasze gorące podziękowania. Z zaciekawieniem i uśmiechem oglądał kilka znaczków, które mu ofiarowaliśmy. Nawet chciał nam za nie zapłacić! Tydzień później wracałem z pracy. Na mój widok z ławki pod moją klatką schodową podniosło się dwóch gentlemanów. „Smutni panowie” błysnęli mi przed oczami legitymacjami. Powiedzieli, że chcą iść do mojego mieszkania by ze mną porozmawiać. Odpowiedziałem, że zapomniałem wziąć ze sobą kluczy i muszę czekać na dzieci – wymyśliłem na poczekaniu, bo czasami i przyzwoitemu człowiekowi zdarza się skłamać.
Panowie usiedli na ławce i zaproponowali, bym się do nich dosiadł. Odmówiłem. Nalegali. Odmówiłem ponownie.
– Przecież wiecie, że z wami nie rozmawiam.
O dziwo, bez entuzjazmu, ale przytaknęli. Jeden z nich, lekko zbity z tropu moim zachowaniem powiedział:
– Zbliża się pielgrzymka papieża do Polski.
– Naprawdę??? Coś podobnego! – udałem zaskoczenie.
– Niech pan nie żartuje. Mamy obowiązek przeprowadzić z działaczami „Solidarności” rozmowy ostrzegawcze.
– Powiedziałem: z wami nie rozmawiam.
I odwróciłem się na pięcie.
Odchodząc usłyszałem jeszcze niepewne:
– Żeby tam podczas pielgrzymki nie było jakichś…
Reszty już nie dosłyszałem.
*
Lubańska bezpieka „uzyskała informację, że dyrektor LO w Lubaniu Bronisław Sukacz pod naciskiem grona pedagogicznego dzień 21.06.1983 ma być dniem wolnym od nauki, gdyż wielu nauczycieli w tym dniu wybiera się na wycieczkę do Wrocławia na uroczystości religijne” – czytamy w raporcie operacji „Zorza”. Chyba zbyt gorliwym raporcie, bo żaden z pytanych nauczycieli nie przypomina sobie dziś, aby do takiego wyjazdu doszło. No cóż, „Zorza” musiała się wykazać, nawet radosną twórczością na wyrost.
Nauczycielka Joanna Tymicz-Misiek, która była w 1983 roku we Wrocławiu, w szkole jeszcze nie pracowała. Wzięła urlop z olszyńskiej „meblówki” i wraz z mężem udała się na spotkanie z papieżem. Profilaktycznie, dzień wcześniej, nocując u wrocławskich przyjaciół.
*
Zdzisław Bykowski:
Próbowałem w kamieniołomach załatwić zakładową wyprawę zakładowym autobusem. Dyrektor, porządny gość, powiedział mi, że mają z komitetu nieformalny zakaz wynajmu zakładowych autobusów na pielgrzymkę. Lubański PKS normalnie wynajmował, np. parafiom. Ale parking był na autostradzie, ostatni parkowali aż pod Kątami Wrocławskimi, więc mieli na Partynice dobre 30 kilometrów. Niektórzy jechali dzień wcześniej i gdzieś przygodnie nocowali, pokotem.
Cóż było robić. Poszedłem na nasz dworzec PKS i w kasie kupiłem… 4 bilety na słynny o kurs o 05:20. Nikt na to nie liczył, wszyscy byli pewni, że gdzie, jak gdzie, ale na ten autobus od pewnie od roku nie ma szans na miejsce. A tu szok – w autobusie… połowa miejsc była wolna! All inclusive. PKS podwiózł nas nawet na Krzyki, skąd na Partynice było „rzut beretką”. Było to wygodne, bo było nas pięcioro, z najmłodszym naszym dzieckiem w wieku 3 lat.
21 czerwca na spotkaniu z Janem Pawłem II na Partynicach miło mi było widzieć wielu pielgrzymów z przypiętymi znaczkami „Solidarności”.
Po spotkaniu z Ojcem Świętym, piechotą, przez Ołtaszyn, wróciliśmy do centrum. Po drodze, widząc 5-osobową rodzinkę z maluchem w spacerówce ciągle nas zapraszano na herbaty, posiłki, kąpiele, miłe to było. Nie pamiętam, czy wróciliśmy pociągiem, czy autobusem. Ale już przed 17:00 byliśmy w domu. Zdążyliśmy nawet obejrzeć transmisję z Góry św. Anny, dokąd udał się Jan Paweł II z Wrocławia. Wśród składających dary rozpoznałem bliskiego mi przyjaciela z kryminału, Franka Szelwickiego z Otmuchowa. Żeby tam być, dwa tygodnie wcześniej ukrywał się w klasztorze a na papieską mszę przyjechał w bagażniku któregoś samochodu z kurii opolskiej. Esbecy domyślali się, że abp Nossol do delegacji „Solidarności” na pewno włączy Franka. Potem Franek opowiadał, że z tym ukryciem, to z Nossolem mieli nosa. Na tydzień przed wizytą JP II esbecja zajadle szukała Szelwickiego, w domu, w pracy, po krewnych i znajomych.
*
Postscriptum
Wrocław1983. Przed katedrą opiekun duchowny lubańskiego Klubu Inteligencji Katolickiej ks. Jerzy Kubik znalazł na chodniku mały plastikowy znaczek do wpinania. Tylko polska flaga, więc podniósł, obejrzał i przypiął sobie. Przy wejściu do katedry na spotkanie z Janem Pawłem II także księżom sprawdzano przepustki. Na widok Kubika kontrolujący prawie… stanęli na baczność! Niczego nie sprawdzali. Tylko patrzyli z uznaniem. Ksiądz tego nie rozumiał. Wszedł i doszedł bardzo blisko ołtarza. Porządkowi rozstępowali się na jego widok. Jakiś osiłek, z takim samym znaczkiem, szepnął tylko: „Moje uznanie!”. Kubik popatrzył na tamtego pytająco. A tamten dodał: „Ten twój strój…”.
Wtedy Kubik zorientował się, że znalazł znaczek który zgubił jakiś tajniak! A uznanie należało mu się za „przebranie”, bo ks. Kubik był w sutannie…
Ksiądz Jerzy Kubik pracował w Lubaniu w latach 1983-1985. Franciszek Szelwicki zmarł w 2018 roku. Zagadka z rogatek Bielawy do dziś pozostaje nierozwiązana…
Zdzisław Bykowski i Janusz Skowroński





