Czy duński desant wiatrakowy w okolicach Lubania jest nieunikniony?
Tekst dyskusyjny
Siedem procent dochodu narodowego Dani generuje przemysł związany z konstrukcją i budową elektrowni wiatrowych. Portfel zamówień wypełniony po brzegi. Chętni na zakup stoją w długiej kolejce.
Jak twierdzą nasi negocjatorzy budżetu unijnego „dostaliśmy” najwięcej pieniędzy ze wszystkich. Po przeliczeniu na jednego mieszkańca następuje „pewne” przetasowanie na pozycji liderów. Co więcej dochodzą coraz donośniejsze głosy, że Parlament Europejski nie zatwierdzi tego budżetu w kształcie już wynegocjowanym.
No tak, ale gdzie te wiatraki? Otóż polscy negocjatorzy nie do końca poinformowali społeczeństwo o warunkach absorpcji tych środków. Oni negocjowali, niech tłumaczą dokładnie, ja zrobię to w skrócie. Na wydany przykładowo 1 miliard środków unijnych MUSI przypadać określony procent wydatków na wspieranie produkcji energii ze źródeł „odnawialnych”. W uproszczeniu jeśli chcemy modernizować kolej to musimy też wybudować kilka elektrowni wodnych lub wiatrowych. Jeśli chcemy wybudować dodatkowe autostrady to musimy jednocześnie postawić parę wiatraków itd.
Proszę Państwa, klamka zapadła. PE może co najwyżej zmienić kwoty ale zasada absorpcji nie ulegnie już zmianie. Żadne referenda nic nie pomogą. Co najwyżej wiatrak zamiast stanąć u nas – stanie u sąsiada.
Co zatem robić? Otóż najlepiej drogo się cenić. Jeśli wiemy, że wiatraki stanąć muszą, to negocjujmy warunki. Wiatrak za drogę, wiatrak za miejsca pracy, wiatrak za pozostawienie szkoły, wiatrak za kanalizację itd.
No dobrze, a o co chodzi z tą Danią. Ano mając sprawnych negocjatorów wprowadzili takie zapisy, że choć pieniądze dostała Polska to i tak wiatraki musi kupić w Danii. Ceny, patenty, czas oczekiwania itd.
Andrzej Ploch
[poll id=”6″]
