Z Buczacza na Łużyce – droga na zachód pana Franciszka Kopaczyńskiego (WIDEO)
Opowieści Łużyckie – z pamiętnika poszukiwacza cz. 3
Z Buczacza do Bielawy na Łużycach – droga na zachód pana Franciszka
Wędrując po lesie w poszukiwaniu minionego czasu i śladów Bitwy Lubańskiej wielokrotnie spotykałem ciekawych ludzi. Czasami schodziłem dyskretnie z drogi unikając być może niezręcznych sytuacji i kłopotliwych pytań, zdecydowanie częściej jednak dążyłem do kontaktu z ludźmi licząc na pozyskanie ciekawych informacji. I wiele razy się nie zawiodłem.
Tak właśnie było w przypadku pana Franciszka Kopaczyńskiego, mieszkańca Bielawy Górnej (Powiat Zgorzelecki), który w nasze rejony dotarł aż z Buczacza na Ukrainie, via Heidenheim w Niemczech, gdzie wraz z matką przebywał na robotach przymusowych. Jak pamiętamy z lekcji historii niewielkie miasto Buczacz leżące na południowo-wschodnich kresach I i II Rzeczypospolitej, na pograniczu Galicji i Podola, zapisało się niesławnie w dziejach naszej ojczyzny. To tam w 1672 r. po krótkiej wojnie z Turcją został podpisany hańbiący pokój, który pieczętował chwilowe zwycięstwo w wojnie z Polską i oddanie sułtanom tureckim kresowej twierdzy Kamieńca Podolskiego. Wstrząs w naszym narodzie był tak ogromny, iż już rok później, po tym jak szlachta polska wyraziła zgodę na dodatkowe opodatkowanie i zaciąg wojska, hetman wielki koronny Jan Sobieski rozbił pod Chocimiem 35 tysięczną armię Husejna Paszy zdobywając 120 armat. Polska wiktoria odbiła się szerokim echem w Europie, a Jan Sobieski, niebawem król polski, od tej pory wśród Turków był nazywany „Lwem Chocimskim”.
Wracając do spotkania z naszym bohaterem w ogóle sytuacja była o tyle zabawna, iż jakimś zrządzeniem los najwyraźniej celowo dwukrotnie krzyżował nasze drogi, a ja wykazałem się żenującym brakiem pamięci. Otóż po raz pierwszy spotkałem pana Franciszka 3 lata temu gdy w leśnej głuszy usłyszałem nagle szczekanie psa i odgłos uderzenia młotka – jak podczas wbijania gwoździ. Wychodząc na skraj lasu zobaczyłem gospodarstwo i starszego mężczyznę naprawiającego ogrodzenie. Postanowiłem podejść i tak się zaczęło. Zeszło nam na wspominkach co najmniej kwadrans. O wojnie, o niewybuchach, o minach, o zestrzelonych samolotach, o niebezpiecznych zabawach wśród nierozważnych nastolatków, co to chcieli sobie postrzelać itd.
-Panie, jeden kolega przyniósł do mnie do domu granat. Gdy ojciec zobaczył zaraz go wypędził, a ten poszedł do lasu i rzucił. Poraniony odłamkami ledwie przeżył. Mnie tata zabronił chodzić po lesie.
Ja szczególnie pytałem o zestrzelone w okolicy samoloty – zbierałem materiał do książki.
-Tak panie, tu zaraz leżał, ledwie kilkaset metrów od gospodarstwa. Wojskowy samolot. Nie tak bardzo rozbity. Już nie pamiętam czy ruski czy niemiecki. Pilotów nie było. Ale ludzie rozebrali go na części.
-A Pan nie rozbierał? Może coś zostało w gospodarstwie, kawałek skrzydła, ogona?
-Nie Panie, tata nie pozwolił chodzić po lesie. Tutaj było bardzo dużo min.
I tak minęły 3 lata gdy los ponownie poprowadził mnie w rejon Bielawy. Idąc przez las najpierw usłyszałem terkotanie ciągnika, potem szczekanie psa, aż w końcu spośród drzew wyłoniła się sylwetka starszego pana. Nie zwlekając podszedłem aby się przywitać i znowu się zaczęło.
Tylko tym razem trwało to prawie pół godziny i skończyło się zgodą starszego pana na wypowiedź do kamery. Ale co najśmieszniejsze, w osobie napotkanego nie rozpoznałem mojego rozmówcy sprzed kilku lat. Stało się to dopiero podczas realizacji krótkiego filmu o losach pana Kopaczyńskiego, gdy tknięty przeczuciem sięgnąłem do swojego zdjęciowego archiwum i odnalazłem jedno, jedyne zdjęcie jakie wtedy wykonałem. Obok pewnego dziadka na fotografii widniała duma gospodarza, doskonale zachowany ciągnik Massey Ferguson.
– Dzień dobry!
-A dobry, dobry – podaliśmy sobie ręce
-Panie nie ma grzybów? Ostatnio padało i może się pokazały?
-Chodzę już jakiś czas i nic nie widziałem – odparłem
Gospodarz spojrzał wymownie na mój sprzęt.
-Wie Pan, a ja tu szukam zestrzelonych w czasie wojny samolotów. Wie Pan coś może na ten temat?
-A tak Panie, tu był jeden rozbity, tam drugi prawie cały, ponoć był i trzeci, ale ja go nie widziałem. Ojciec zabronił chodzić po lesie. Oj Panie było, oj było …
Nie będziemy oczywiście pisać jak dalej potoczyła się nasza rozmowa. Wszystko jest w moim krótkim filmie opublikowanym przez TV Lubań, do obejrzenia którego serdecznie Państwa zapraszam. Później żałowałem, że nie zadałem jeszcze co najmniej kilku pytań o pierwszych latach pobytu na nowych ziemiach, ale tak to bywa gdy materiał realizowany jest na gorąco. Zatem miłego oglądania.
Autor: Jarosław Ludowski




