Wyrwane z korzeni
Maj to miesiąc patriotycznych obchodów i historycznych rocznic. Wiele w tym patosu, wzniosłych słów i odniesień, które sięgają daleko w przeszłość naszej narodowej wspólnoty. Jednak czy rzeczywiście to świętowanie przekłada się na nasze osobiste doświadczenie Polski i polskości? Szczerze wątpię – pisze Artur Daniel Grabowski
70 lat temu zakończyła się II wojna światowa. Jej finał, a więc przesunięcia granic, a – co za tym idzie – także zmiany ludnościowe. Na Dolnym Śląsku ludność polska zastąpiła Niemców, którzy tymi ziemiami władali właściwie już od średniowiecza. Najpierw dominacja czeska, potem austriacka i w końcu pruska. Oczywiście przez lata Polski Ludowej podkreślało się piastowski aspekt Śląska, ale tak naprawdę powiedzieć trzeba, że jest to mit, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Król Kazimierz Wielki odstąpił w 1335 roku Śląsk Czechom w zamian za gwarancje odstąpienia od praw do polskiego tronu, a część piastowskich książąt śląskich od dawna ciążyła bardziej ku Czechom i Niemcom niż ku Polsce. O tym się jednak rzadko pamięta.
Po II wojnie światowej polska ludność tworzyła tutaj, na tzw. Odzyskanych Ziemiach Zachodnich i Północnych, zręby polskiej kultury i państwowości. W 1985 roku w wielu gminach obchodzono 40-lecie powrotu Dolnego Śląska do macierzy, co było iście propagandową akcją, pokazującą Śląsk jako ziemie bezsprzecznie polskie od zarania dziejów, a niemiecki passus tylko jako przypadek w historii. Od 1989 roku do tego typu spraw przywiązuje się już nieco mniejszą wagę i nie stanowi ów aspekt politycznego środka do walki propagandowej. Kurz bitewny opadł.
8 maja – Narodowy Dzień Zwycięstwa – to okazja do zastanowienia się nad historią i naszym miejscem w świecie. Ludzie, którzy przyszli tutaj mieszkać po wojnie to przede wszystkim mieszkańcy dawnych wschodnich terenów II Rzeczypospolitej, którzy swoje korzenie mają na terenie dzisiejszej Ukrainy, Białorusi czy Litwy. Tutaj odnaleźli swój drugi dom, choć wielka tęsknota do tego pierwszego nigdy nie wygasła. Patrząc jednak na całe te powojenne przesiedlenia, można zadać sobie pytanie, czy zwycięstwo nad hitlerowskim terrorem było dla nas faktycznym zwycięstwem i czy w efekcie nie zostaliśmy jeszcze bardziej skrzywdzeni poprzez utratę ziem, w których w większości są korzenie, źródła naszych rodzin.
Odwiedzając Poznań, Gniezno, Kraków, czy Warszawę odnajdujemy pamiątki polskiej historii – zamki królewskie, wspaniałe katedry z grobami polskich władców i bohaterów narodowych, czy też inne miejsca mówiące o wspaniałej historii Narodu Polskiego. Na tym buduje się pamięć narodową, dumę i poczucie patriotyzmu. Oczywiście takich miejsc jest znacznie więcej i nie są to tylko wielkie ośrodki miejskie. Mieszkając na Dolnym Śląsku jesteśmy pozbawieni tego. Nasz patriotyzm staje się sumą wzniosłych haseł, z których wiele zdaje się być oderwanych od życia i historycznej ciągłości.
Coś zostało ucięte, zakłócone. Wspomnienie Lwowa i tęsknota za utraconą ojczyzną uświadamia fakt, że trudno być Polakiem tak na sto procent, gdy wokół przytłacza niemiecka historia i architektura. Trudno przeżywać polskość i kształtować ją w miejscu, gdzie ciągle mówi się, że tu byli Niemcy. Prawdziwie Polakiem można poczuć się natomiast w miejscach naznaczonych chwałą Rzeczypospolitej – tam serca rozpiera duma i radość, że to jest właśnie ten naród – nasz naród.
Widząc poznański zamek, w którym wesele miał król Kazimierz Wielki lub arsenał wybudowany przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, albo wchodząc na warszawską starówkę z Zamkiem Królewskim i archikatedrą św. Jana, a także na Wawel, czy też Jasną Górę (szczególnie do Kaplicy Cudownego Obrazu), odnosi się wrażenie, że historia Rzeczypospolitej przenika najgłębsze pokłady jestestwa, przemawiając wyraźnie do świadomości.
I tak właśnie jesteśmy oderwani od naszych korzeni, od tego poczucia narodowej spójności. Nasze wybory motywowane są tylko teraźniejszością, a spojrzenie w polską narodową przeszłość, naznaczone cieniem niemieckiej przeszłości tych ziem, staje się mało atrakcyjne i właściwie pozbawione wszelkiego smaku. Trudno jest zrozumieć nam, dolnoślązakom, ideały herosów Rzeczypospolitej, które powodowały, że Polska nigdy nie umarła, bo na naszej dolnośląskiej ziemi niewiele jest, albo zgoła wcale, śladów tysiącletniej polskiej historii, a wszystko to, co dziś jest polskie, jest takie inne, że aż obce, wyrwane z korzeni…
”Niech to ocaleje, niech to się uchowa,
Ta mała cząsteczka prawdziwego Lwowa!
Bo Lwów to nie jest tylko okolica na mapach –
To ludzie – to piosenka –
to ta mowa –
to ten zapach –”
/M.Hemar, Chlib Kulikowski/

Artur Daniel Grabowski – dziennikarz, felietonista, pisarz. Od lat wnikliwie bada historię swojej rodzinnej Olszyny, gdzie również pełni mandat radnego Rady Miejskiej.
AutorArtur D. Grabowski (ZL)

Panie Arturze, wniosek zatem jest oczywisty, należy bardziej dbać o polskie pamiątki których na tych ziemiach wiele powstało przez ostatnie 70 lat. W szczególności należy powrócić do do dawnej nazwy i idei Muzeum Osadnictwa Wojskowego. Należy bardziej dbać o o nasze dziedzictwo które traktujemy jako mniej wartościowe.
A ja właśnie myślę, że czas wreszcie pogodzić się z historią naszych ziem i cenić ją taką, jaka jest, bez bezsensownego odcinania się od „niemieckości” tych terenów.
Jeśli czuje się Pani Niemką, to faktycznie bezsensem jest odcinanie się od swych korzeni. Problem ze swoją tożsamością ma wielu mieszkańców tych terenów – wydaje im się, że jak usiądą na poniemieckim murku, to staną się Niemcami, zapominając o swojej ojcowiźnie. Mylą się jednak. Dla osób stąd wysiedlonych zawsze będą obcymi tymczasowo zajmującymi ich nieruchomości. Podobnych problemów nie mają mieszkańcy Ukrainy. Domy po polskich rodzinach są ich, bo zawsze były ich – co podkreślają z dumą.
To jest jakaś chora demagogia, z którą naprawdę nie mam ochoty dyskutować.
Nigdy nie czułam się gorszą Polka, tylko dlatego, że mieszkam właśnie tutaj. Z patriotyzmem tez nie mam problemów, ale to już raczej moja osobista sprawa.
A z takich postaw, jakie tu prezentujesz (w Internecie nie będę Ci „panować” i nie wymagam tego w stosunku do siebie), rodzą się takie kurioza, jak przekształcenie pomnika ku czci ofiar I wojny światowej w pomnik „ku większej chwale Chrystusa” czy coś w tym stylu na Uniegoszczy.
Podczas I wojny światowej zwanej Wielką Wojną poborowi powołani byli grupowo z poszczególnych gmin i służyli razem na froncie. Powodowało to silny związek z miejscem zamieszkania, bo synowie sąsiadów walczyli razem, przebywali latami w okopach i ginęli razem. Mieszkańcy na bieżąco śledzili losy własnych dzieci, ale i mieli dobre rozeznanie o tragediach innych. Na pamiątkę wystawiali pomniki tym którzy zginęli z danej miejscowości wypisując ich imiona i nazwiska. Wiele gmin nie bardzo wie co zrobić z tymi pomnikami żołnierzy którzy byli wrogami naszymi i naszych aliantów. Zginęli zabijając Polaków, Francuzów, Czechów itd. To nie są i nie byli nasi bohaterowie. Często zatem przekształca się te obeliski w pomniki ofiar I wojny światowej, co jest już jakoś do przyjęcia. Warto dodać, że nie są to cmentarze wojenne objęte międzynarodową ochroną.
Kuriozum to jest wtedy gdy w centrum miejscowości stoi pomnik upamiętniający mieszkańców którzy często ochotniczo szli na wojnę by zabijać Polaków i po to by nie dopuścić do uzyskania przez Polskę niepodległości.
Wiem, czym są pomniki poległych i dlaczego powstawały, serio, nie trzeba mi tłumaczyć.
Niemniej jednak to jest historia ziem, na których żyjemy – czy tego chcesz, czy nie. Kto dał nam prawo niszczyć te pomniki i pamięć o ludziach, którzy niegdyś tu żyli?
Tak, wiem, zaraz przeczytam, że jak jestem Niemką, to sobie mogę postawić taki pomnik w ogródku i pielęgnować pamięć o dziadku Helmucie. LOL.
Pomimo wszystko wnioski wysuwa Pani prawidłowe.
Rozumiem p. Artura Grabowskiego. Też tak mam. Są jednak jakieś tam plusy. Wszelkiej maści repatrianci i przesiedleńcy mają okazję zapoznać się z obcą kulturą, co zapewne rozwija, uczy czy ubogaca.
Szkoda tylko, że akurat w naszym przypadku to kultura odwiecznego wroga Słowiańszczyzny. No ale jak się nie ma co się lubi to … itd.
Od biedy można wrócić do Chrobrego i słupów na Odrze 🙂
No ale jak się nie ma co się lubi to … itd. Moim zdaniem właśnie jest wiele rzeczy godnych upamiętnienia z ostatnich 70 lat, a tego się nie robi. Tutaj urodziło się i odeszło już całe pokolenie. Czy na prawdę nic po sobie nie pozostawili oprócz zniszczonych pałaców?
Na fladze narodowej nie ma prawa być żadnych znaków. Artykuł nie trzyma się kupy.
A artykuł naprawdę jest dziwny. Może autor ma problem z tożsamością narodową, ja na ten przykład nie.
„trudno być Polakiem tak na sto procent, gdy wokół przytłacza niemiecka historia i architektura. Trudno przeżywać polskość i kształtować ją w miejscu, gdzie ciągle mówi się, że tu byli Niemcy. Prawdziwie Polakiem można poczuć się natomiast w miejscach naznaczonych chwałą Rzeczypospolitej – tam serca rozpiera duma i radość, że to jest właśnie ten naród – nasz naród.” – rozumiem, że jest to subiektywne odczucie autora. Nie zgadzam się jednak na uogólnianie tych „rozterek” na całą społeczność „ziem odzyskanych”.
Tu się z Panią zgadzam, stąd moje komentarze.
A to dziwna konkluzja, bo z Twoich postów wynika zgoła coś innego.
Mam wrażenie jednak, że ta rozmowa prowadzi donikąd, gdyż usilnie wmawiasz mi „niemieckość”, a ja nie zamierzam nikomu udowadniać, że nie jestem wielbłądem, jeśli wiesz, co ta przenośnie znaczy… ;]
Nie zgadzam się z opinią autora. Mieszkam w Lubaniu od ponad 40 lat i nie mam takich odczuć. Tu pracuje, mieszkam z rodzina, mam rodziców i dziadków. Tu jest moja ojczyzna. Czy potrzebuje jakiegoś zamku czy innej katedry z grobami aby czuć się Polakiem? Oczywiście ze nie. Nie czuję się oderwany od mitycznej macierzy ani obcy w Lubaniu. Dziwny tekst.
Wszystkim dyskutantom (powyżej) tę czterominutową refleksję (poniżej) dedykuję i pozdrawiam
https://www.youtube.com/watch?v=9pCn0L961es
No właśnie, pan Janusz zapodał chwytający za serce „kawałek”, który z jednej strony osadza nas w realiach i każe żyć po nowemu, w nowej ojczyźnie, a z drugiej rozpala wspomnienia. Jak w takiej sytuacji mają się zachować ludzie, którzy zostawili na wschodzie swoje dzieciństwo, najpiękniejsze wspomnienia, korzenie polskości od Kazimierza Wielkiego włącznie. Mój dziadek był podoficerem zawodowym w Brygadzie Korpusu Ochrony Pogranicza „Polesie” w Rokitnie, na Wołyniu. 20 najpiękniejszych lat życia to wschodnie pogranicze, Sarny, Rokitno, Dubno, Równe, Włodzimierz Wołyński. Po wojnie we Wrocławiu było już tylko gorzej.
I dlatego napisałem, że rozumiem Artura Grabowskiego. Chciałoby się powiedzieć „Ze Śląskiem nie łączy mnie nic z Wołyniem i Polesiem wszystko”, (Białoruś – drugi dziadek).
Ale jak się nie ma co się lubi …
Sytuacja w jakiej się znajdujemy była wynikiem nie naszych decyzji. Skoro jednak 70 lat temu zaprowadzono taki, a nie inny nowy ład w Europie to pora w końcu to zaakceptować wraz z całym „inwentarzem” i zacząć w końcu prezentować polski punkt widzenia reprezentujący nasz interes narodowy i państwowy. Taki dobytek nam przypadł i dobrze nim zarządzajmy jak na prawowitego gospodarza przystało. Rozterki niech mają ci co go utracili, bo sami są sobie winni i nie kto inny, a w najmniejszym stopniu obecni mieszkańcy.
„Rozterki niech mają ci co go utracili, bo sami są sobie winni i nie kto inny”
Owszem jeśli chodzi o Niemców to problem Eriki Steinbach i jej podobnym, ale jeśli chodzi o Lwów to Pańska uwaga ma się nijak.
Wyjęte z kontekstu – chodzi o „Ziemie zachodnie”
Dla mnie artykuł jest strzałem w przysłowiową dziesiątkę, jeśli chodzi o moje odczucia (już myślałem, że tylko ja tak mam). Jakiś czas temu spędziłem z żoną urlop wędrując szlakiem „Orlich Gniazd” w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. I dopiero wtedy zrozumiałem to, co jest tak zgrabnie ujęte przez p.Grabowskiego. Czytając historie ruin zamków wreszcie nie musiałem czytać, że właścicielami byli „von”, a przed nimi „von” itd. tylko „-ski”! Idąc szlakiem walk Powstańców Styczniowych znajdowaliśmy w lesie, głęboko w lesie, zadbane mogiły naszych bohaterów z 1863r., znalazłem też mogiłę Powstańców Kościuszkowskich(!). Tak…tam się to czuje – historię, bohaterów, odeszłą chwałę i potęgę Polski. I choć nie czuję się tu obco (tu się urodziłem i mieszkam), to jednak brakuje mi tej więzi, o której wyżej napisałem. A tak na fali powyborczych zmagań – takie moje przemyślenie; patrząc na rozkład glosów w województwach, gdzie na „Ziemiach Odzyskanych” wygrał Komorowski, myślę, że nie bez znaczenia ma też to, o czym traktuje artykł p.Grabowskiego, za kóry szczerze dziękuję i pozdrawiam.
Podobnie pod wrażeniem byłem kiedyś w Wilnie. W muzeum widziałem wiele dokumentów pisanych na pergaminie. Leniwie zacząłem wodzić po nich oczyma i wtedy doznałem olśnienia – to nie łacina tylko język polski który rozumiem. Wtedy dopiero zacząłem zwracać uwagę na inskrypcje na zabytkach pisane jak najbardziej zrozumianą polszczyzną.