Obóz jeniecki w Lubaniu – cz. II
O lubańskim obozie jenieckim (Gefangenenlager) z okresu I wojny światowej, który podlegał V korpusowi armii niemieckiej, wiemy bardzo niewiele, ale wiemy na pewno że przebywała w nim żona marszałka Piłsudskiego. Dzisiaj publikujemy drugą część tej historii obozu opisanej przez Janusza Kulczyckiego. (Pierwszą część opublikowaliśmy TUTAJ ).
Właściwie jedyne informacje pochodzą ze wspomnień więzionych w nim osób i z zachowanej korespondencji. Wiadomo, że oprócz wziętych do niewoli żołnierzy, internowano w Lubaniu również więźniów politycznych i przestępców pospolitych.


Początkowo warunki obozowe były dość znośne. Jak pisze Szczerbińska:
„Wolno nam było nawet wychodzić do miasta na zakupy, choć z biegiem czasu nie można było kupić nawet takich „luksusów” jak sardynki, czekolada czy mydło.”
W drugiej połowie 1916 r. warunki obozowe jednak bardzo się pogorszyły:
„Doszło w końcu do tego, że racja dzienna składała się z kromki chleba, wypiekanego z mieszaniny lichej mąki i kartofli, oraz talerza brukwi gotowanej w krwi bydlęcej. Nie można tego było jeść inaczej jak z zatkanym nosem, jak najgorsze lekarstwo. …Nawet Francuzi stracili humor, a żołnierze niemieccy wyglądali jakby sami byli jeńcami” – pisała Aleksandra Szczerbińska.
Podobnie warunki aprowizacyjne opisała Konstancja Jaworowska:
„Głód panował potworny, a ci, którzy korzystali tylko z wiktu obozowego, a takich było 90 proc., wyglądali jak zmory, słaniali się z głodu, puchli, wielu wybierało wstrętne, cuchnące odpadki z rynsztoków lub marli powolną śmiercią głodową.”
O kawałek chleba większy o kilka gram od przepisowego, tzw. pajdki, stale toczyły się walki, nic więc dziwnego, że gdy wiosną 1917 r. przyszła posyłka z żywnością od rosyjskiej carycy, jako dar dla rosyjskich poddanych, cywilnego obozu – radość była trudna do opisania. Głód i fatalne warunki bytowe nie były jedynymi utrapieniami jeńców lubańskiego obozu. Również zachowanie obsługi cywilnego obozuj było skandaliczne.
Jaworowska pisała:
„Np. codziennie o świcie i po południu wpadało do baraków kilku pruskich podoficerów, uzbrojonych w baty i kije i wyganiało „ruskie bydło”, jak nazywali cywilnych jeńców rosyjskich, bijąc napotkanych gdzie popadnie. To też stale akompanjamentem (pis.orginal.) był straszny, niesamowity ryk bitych, katowani pod razami mdleli i padali, a ciężej ranni kurowali się całymi miesiącami lub marli”.

Janusz Kulczycki jest regionalistą, badaczem historii Lubania oraz całych Górnych Łużyc i publicystą. Jest również współzałożycielem i prezesem Stowarzyszenia Miłośników Górnych Łużyc w Lubaniu.
Autor: Janusz Kulczycki(foto: zbiory J.Kulczycki) (Stowarzyszenie Miłośników Górnych Łużyc)



