Jedno miasto, dwie historie…

Kiedy minęli skrzyżowanie i przejazd kolejowy, zaczęły pojawiać się pierwsze budynki. Wysokie, trzypiętrowe kamienice o ładnej architekturze, z bogato zdobionymi fasadami, robiły przyjemne wrażenie. Mijając kino Capitol*1 dotarli do obszernego Freidrich Wilhelm Platz. Ich oczom ukazała się monumentalna zabytkowa wieża, która górowała nad pozostałymi zabudowaniami. Obok niej stał okazały pomnik, zapewne cesarza, a tuż za nim rozciągał się śródmiejski park. Znajdowały się tu również obiekty o charakterze publicznym o czym świadczyły nie tylko szyldy na elewacjach, ale liczne flagi z faszystowskimi symbolami. Po brukowanym placu poruszały się leniwie wiejskie wozy, niewielkie bryczki, czasem samochody. Wszędzie widać było spacerujących beztrosko mieszkańców. W przeważającej mierze były to kobiety z wózkami dziecięcymi, bądź prowadzące za rękę starsze potomstwo. Miały na sobie długie do kostek sukienki, obficie marszczone, białe bluzki z bufiastymi rękawami, twarzowe uczesania, a na nogach zgrabne pantofelki. Panie w dojrzalszym wieku nosiły podobnie długie sukienki, w ciemniejszych barwach i białe fartuchy ozdobione koronkami. Na przedramieniu miały wiklinowe koszyki pełne zakupów. Wszędzie wokół znajdowało się mnóstwo sklepików, kuszących pełnymi towarów witrynami. W parku, na rozstawionych wzdłuż alejek ławkach, siedziały starsze kobiety, pochłonięte rozmowami. Istna sielanka. Jakby nikt tu nie słyszał o toczącej się w Europie wojnie. Uderzający był jedynie brak mężczyzn. Jeśli nawet dało się kogoś dostrzec, to wyraźnie wiekowego, poruszającego się z pomocą laski. Wszyscy zdrowi, w miarę sprawni, nawet ci bardzo młodzi, zostali najpewniej wcieleni do Wehrmachtu. Na miejscu pozostali jedynie panowie nieprzydatni na froncie, bądź tacy, bez których miasto nie mogłoby funkcjonować normalnie.Widok tego wszystkiego, pobliskiej Bruder Strasse *2 z urokliwymi kamieniczkami, na końcu której znajdował się Rathaus *2 ze smukłą konstrukcją wieży, połyskującej w promieniach słońca sprawiał, że można było – choć na chwilę – zapomnieć o wojennej codzienności. Zagadnięta przez jednego z chłopaków kobieta, z kokiem na głowie, od której chciał się dowiedzieć gdzie jest Urząd Pracy Rzeszy *3, najpierw zmierzyła go pełnym wrogości spojrzeniem, po czym z wyraźną niechęcią wskazała kierunek, komenderując: – Gerade, gerade und links… W tym samym momencie odwróciła się na pięcie i odeszła energicznym krokiem. W urzędzie przyjęto ich bez wyraźnych oznak wrogości. Zebrano „papiery” i kazano czekać na korytarzu. Po godzinie zjawił się urzędnik z binoklem na nosie i wyprowadził wszystkich przed budynek, gdzie czekał samochód ciężarowy. Zawieziono ich do arbeitslagru, położonego na obrzeżach dużego zakładu, który miał być ich miejscem pobytu. Łatwo można było zauważyć, że obóz powstał całkiem niedawno. Składał się z czterech baraków ogrodzonych drutem kolczastym i niewielką strażnicą przy bramie. W każdym z nich znajdowały się po trzy dziesięcioosobowe sale z drewnianymi piętrowymi łóżkami. Nakazano im szybkie rozlokowanie się i obowiązkową kąpiel w prymitywnej łaźni, znajdującej się na końcu korytarza. Następnego dnia mieli rozpocząć pracę w Königliches Eisenbahn Betriebs Lauban (Królewskich Warsztatach Kolejowych Lubań), o czym poinformował ich komendant obozu Franz Litzke. Nie byli tu jedynymi mieszkańcami. W lagrze przebywali również inni robotnicy, którzy o tej porze byli w pracy. Maciek trafił pod opiekę mężczyzny w średnim wieku, utykającego na prawą nogę, który był operatorem ogromnej maszyny, czegoś w rodzaju gigantycznej tokarni, na której regenerowano koła do pojazdów szynowych. Widok tak wielkiego urządzenia, z obracającym się kilkutonowym zestawem, wydostające się spod noży rozżarzone wióry, robiły na piętnastolatku duże wrażenie. Nigdy wcześniej czegoś tak ogromnego nie widział. Do codziennych obowiązków Maćka należało usuwanie rozgrzanych do czerwoności wiórów przy użyciu stalowego pręta zakończonego hakiem, a następnie wywożenie ich taczkami do specjalnego boksu.

Przyjaznym zrządzeniem losu, po blisko tygodniowej tułaczce, Maciek dotarł w końcu do rodzinnego miasteczka, do domu, do zaskoczonej jego widokiem rodziny. Radość z powrotu syna była ogromna. Znowu byli razem.Mimo zakończenia wojny warunki życia były nadal bardzo trudne, może nawet trudniejsze niż wcześniej. Brakowało wszystkiego. Nie było dnia, nie było nocy, aby Maciek nie wracał myślami do miejsca, w którym spędził ostatnie lata. Wbrew zdrowemu rozsądkowi miał ciągle przed oczami sielski obraz miasta, które budziło w nim zachwyt. Miał też w pamięci inne, mniej przyjemne wspomnienia, związane z trudną obozową codziennością, z wyczerpującą pracą… Nadal jednak czuł dziwną nostalgię, tęsknotę do miejsc, które wryły się głęboko w jego pamięć. Wspomnienia nie dawały mu spokoju, szczególnie teraz, kiedy Ziemie Zachodnie, w tym i Lauban, znalazły się w granicach Polski. Jakaż była jego radość, kiedy matka uległa w końcu jego namowom i zgodziła się wyjechać z nim i z jego siostrami na Ziemie Odzyskane, jak je wówczas nazywano. Przepełnieni skrajnymi uczuciami wysiedli z pociągu, na tej samej stacji *4, na tym samym peronie, na którym Maciek niegdyś stawiał pierwsze kroki. Z tą różnicą, że stacja nosiła teraz inną nazwę – Lubań i była przyozdobiona biało-czerwonymi flagami. Zmienił się, niestety sam dworzec, który stracił dawny urok, był mocno zniszczony działaniami wojennymi.Każdemu z członków rodziny towarzyszyły inne emocje. Matka czuła niepewność, dziewczynki popychała ciekawość świata i zapowiedź przygody, Maciek natomiast, na przekór wszystkiemu ożywiał wspomnienia, które – mimo lęków – utwierdzały go w przekonaniu, że tu jest ich miejsce. Nowe władze miasta, polskie, zważywszy na epizod wojenny młodego chłopaka, pozwoliły im rozejrzeć się po mieście i wybrać miejsce, w którym będą chcieli zamieszkać. Spacer po dawnym Lauban, nie był tym samym spacerem, co niegdyś. Maciek nie mógł pogodzić się z widokiem tego, co miał przed oczami. Jakby się znalazł w innym miejscu. Zakres zniszczeń był przerażający. Naloty, bombardowania i walki uliczne zmieniły miasto nie do poznania. Urokliwe niegdyś kamienice, kwartały ulic, place… zamieniono w jedno wielkie gruzowisko. Widok zniszczonego Ratusza, przyległego doń hotelu, zburzony kościół na Bruder Strasse, zrównana z ziemią Naumburger Strasse *5, biegnąca w kierunku czerwonego kościoła, pozbawionego szczytu wieży… bolały jak otwarta rana. Patrząc na to wszystko Maciek czuł uścisk w gardle. Pamiętał to miasto z okresu jego świetności – przyjazne i kuszące. To dlatego ściągnął tu rodzinę. Obiecał im lepsze życie. Teraz czuł się winny za to, że ich rozczarował. Matka rozumiała rozterki syna, widziała odciskający się na jego twarzy smutek, ale nic nie mówiła. Była zawiedziona, ale nie zamierzała winić go za to, w najmniejszym nawet stopniu. Wiedziała, że chciał dla nich jak najlepiej. Swój dalszy rekonesans po mieście zakończyli na wzgórzu, zwanym Steinberg. To była jedna z ładniejszych dzielnic miasta z pięknym parkiem, nowoczesnym basenem kąpielowym *6, okazałym budynkiem i wieżą widokową na szczycie bazaltowej góry *7. Ta część Lubania była najmniej dotknięta skutkami wojny. To tam wypatrzyli dla siebie niewielki piętrowy domek z ładnym ogrodem, który wydawał się być uszytym na ich miarę. Parcela była wolna i nic stało na przeszkodzie, aby otrzymać formalny przydział. Zabrali więc swój niewielki dobytek, mieszczący się w kilku zaledwie walizach i dzięki życzliwości wojskowego patrolu, wrócili jeepem do upatrzonego domu. Po kilku dniach wszyscy czuli się już jak u siebie. Każde z dzieci miało odrębny, upragniony pokój, o czym w dawnej suterenie nie śmieli nawet marzyć. Mama porządkowała przestronną i praktycznie urządzoną kuchnię, a Maciek przeglądał narzędzia w komórce. Byli szczerze wdzięczni poprzednim właścicielom za pozostawiony dobytek, dzięki któremu mogli zacząć nowe życie w godnych warunkach. Podobnie jak inni. Każdego dnia przybywali do miasta nowi osadnicy. Zajmowali kolejne domy, mieszkania, których z dnia na dzień było coraz mniej.Zniszczone wojenną pożogą miasto, zaczynało wracać do życia. Maciek, jako niedawny robotnik warsztatów kolejowych, został skierowany do prac związanych z uruchamianiem zniszczonego w dużej mierze zakładu. Trzeba była jak najprędzej wznowić produkcję.Jakież było jego zdziwienie, kiedy zobaczył rozszabrowane przez czerwonoarmistów hale produkcyjne, pozbawione wielu maszyn i co cenniejszych urządzeń. Łza się w oku kręciła na widok powyrywanych z betonowych posad obrabiarek. Swoją pierwszą pracę w uruchomionym na nowo zakładzie Maciek rozpoczął jako operator unikalnej maszyny tokarskiej. Był bardzo dumny, na dodatek doceniany przez przełożonych. Tylko on potrafił obsługiwać tę bezcenną obrabiarkę na której podczas pracy przymusowej, zdobywał robotnicze szlify. Z wdzięcznością wspominał swojego nauczyciela, Helmuta Borke, któremu zawdzięczał swoje umiejętności i dzisiejszą pozycję zawodową. Niejeden raz przywoływał z pamięci jego słowa: „Jeśli będziesz się starał, to kiedyś zajmiesz moje miejsce”…

Kazimierz Kiljan – samorządowiec, dziennikarz, poeta pisarz. Współtwórca Dwutygodnika Ziemia Lubańska. Pełni mandat radnego Rady Powiatu Lubańskiego, gdzie jest Wiceprzewodniczącym RPL (foto: zbiory autora)









Dobrze się czyta. Też długo pracowałem w ZNTK. Jeżeli to urywek, gdzie można kupić i przeczytać resztę?
Brawo też lubię moje miasto
Fajnie bylo przeczytać taka ciekawa opowiastke