Weekend z historią. Olszyna w pierwszych miesiącach po zakończeniu II wojny światowej. Część I
Polacy osadnicy, którzy przybywali od maja 1945 r. by zamieszkać w polskiej już Olszynie, w różnoraki sposób odnosili się i traktowali niemieckich mieszkańców dawnej, niemieckiej Langenöls. Zdarzały się przypadki, że Polacy zajmowali z przydziału dane gospodarstwo rolne, a w nim nadal mieszkali jego niemieccy właściciele. Były to niezwykle trudne sytuacje zarówno dla nich jak i dla Niemców.
Często zdarzało się tak, że nasi rodacy żyli z nimi w zgodzie aż do ich wysiedlenia. Zapewniali im przysłowiowy wikt i opierunek, a Niemcy wiedząc że i tak zostaną stąd wywiezieni za Nysę, nie mając ani pieniędzy, ani żywności, odwdzięczali się pracą w polu i w gospodarstwie. Niejednokrotnie pokazywali też polskim osadnikom, jak gospodarować w sposób nowoczesny i wydajny. Zdarzało się nawet tak, że Polacy zaprzyjaźniali się Niemcami i te znajomości przetrwały wśród najstarszych członków rodzin nawet do lat 90 XX w. Rodziły się też miłości, których wynikiem były śluby, zazwyczaj w konfiguracji mąż Polak – żona Niemka. Niestety, o ile Niemcy mogli często liczyć na przychylność zwykłych Polaków, o tyle przedstawiciele polskich władz, a zwłaszcza Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa, już tak wyrozumiali i mili dla nich nie byli.
Od momentu, kiedy pierwsi Polacy pojawili się w Olszynie, władze rozpoczęły akcję usuwania
ludności niemieckiej. Działalność ta była w części samowolna i odbywała się bez wiedzy i
zgody komendantury rosyjskiej. Niemcom pozostawiano niejednokrotnie kilkanaście minut
na zabranie podręcznego bagażu i zgrupowanych w kolumnę pędzono w kierunku Lubania.
Całość eskortowała polska Milicja Obywatelska. Po drodze wielu Niemców korzystało z nieuwagi strażników i uciekało z kolumny, szukając schronienia u znajomych oraz rodzin w Lubaniu i okolicy. MO eskortowała wysiedlonych Niemców do mostu na Nysie w Zgorzelcu i wracała do Lubania.
Wraz z kolumną Niemców, którą 22 czerwca 1945 roku skierowano do Lubania znajdował
się ostatni niemiecki burmistrz Olszyny Gustav Hübel. Ze wspomnień Gertrudy Baumgart i Erny
Herzog wyłania się obraz ciężkich chwil ucieczki i rozterki – wracać czy uciekać dalej. Blisko
połowa, znosząc upokorzenia, decydowała się na powrót. Radziecki komendant Olszyny coraz
częściej podjeżdżał bryczką do Lubania i nawoływał olszyńskich uchodźców do powrotu.
Zależało mu bardzo na fachowcach, urzędnikach i robotnikach niezbędnych do
uruchomienia zakładów i lokalnego handlu oraz usług.
Część z nich decydowała się na powrót. Zanim jednak Niemcy dotarli z powrotem do rodzinnej wsi byli zatrzymywani przez polską Milicję Obywatelską, gromadzeni w dużym folwarku w Olszynie Dolnej i następnego dnia rano, po sformowaniu kolumny, byli eskortowani do granicy na Nysie.
Jak widzimy Polacy rugowali Niemców podczas, gdy władzom radzieckim zależało na szybkim uruchomieniu lokalnej gospodarki i usług, bez względu na przynależność narodową. Wielu Niemców z Olszyny, którzy zatrzymali się u rodziny w Lubaniu wracało nocą po torach kolejowych do Olszyny i zabierało ze swoich domów i gospodarstw najniezbędniejsze rzeczy i pozostałe niewielkie zwierzęta. Zamknięta została też, uruchomiona przez Rosjan maju niemiecka szkoła podstawowa wraz z pozostałymi placówkami i od tego momentu niemieckie dzieci nie mogły już dalej się uczyć (chyba że zdecydowali się na naukę w szkole polskiej). Działo się tak pomimo, że część kadry nauczycielskiej pozostała. W ten sposób usiłowano wpłynąć na rodziców, aby jak najszybciej opuścili Olszynę.
Gerhard Hermann z Krzewia Małego wspominał, iż kolumnę mieszkańców tej wsi z
wózkami i bagażem ręcznym kierowano przez Biedrzychowice do Bożkowic i dalej przez
Lubań do Zgorzelca. Znaczna część uchodźców uciekała i wracała z powrotem do Krzewia.
Od 1946 roku, zarówno w Olszynie jak i okolicznych wsiach, ci którzy pozostali, a byli
niezbędnymi fachowcami, otrzymywali pozwolenie na pobyt. Pozostali, a szczególnie ludzie
starzy i kobiety z dziećmi, zmuszeni byli do ostatecznego wyjazdu do Niemiec.
Wytypowani gromadzeni byli na olszyńskim stadionie sportowym skąd pomaszerowali do
dworca kolejowego w Olszynie, gdzie umieszczano ich w wagonach po 35-40 osób. Pociąg przez Lubań jechał do Leśnej, gdzie wszystkich rejestrowano. Niejednokrotnie rewidowano posiadane bagaże w poszukiwaniu cennych rzeczy. Następnie transport wracał do Lubania i przez Gierałtów jechał do Węglińca, gdzie pod okiem Rosjan uchodźcy przesiadali się do pociągu Czerwonego Krzyża, którym trafiali już do Niemiec.
Z kilkunastu olszyńskich gospód, po zakończeniu wojny dobrze funkcjonowała tylko jedna, a
mianowicie Karczma Sądowa Jeschego. Odbywały się tu dancingi, zabawy świąteczne i weselne, a
do tańca przygrywała stara olszyńska orkiestra, prowadzona przez kapelmistrza Rosemanna, z
jego wspaniałą trąbką i jazzbandowymi instrumentami. Do tancbudy chętnie zaglądali zarówno Niemcy jak i Polacy, którzy mogli w niej się napić wyśmienitego pilsnera i skosztować dobrego schnapsa. Czasmi zaglądali tu na wódkę też Rosjanie. Ale wtedy zabawy prawie zawsze kończyły się
bijatykami pomiędzy Polakami a Rosjanami, fruwały kufle, szklanki i kieliszki. Musiała interweniować MO oraz radziecka żandarmeria. Bywało też, że dochodziło do strzelanin. Niemcy z obsługi restauracji nie najlepiej wspominali i jednych, i drugich.






Zbigniew Madurowicz jest pasjonatem historii, publicystą i regionalistą związanym ze Stowarzyszeniem Miłośników Górnych Łużyc oraz Gazetą Olszyńska i Przeglądem Lubańskim. Z wykształcenia jest farmaceutą i Wiceprezesem Zarządu Dolnośląskiej Izby Aptekarskiej.
