Wydam się, nie wydam – jak z tą miłością dawniej bywało
Powodzenie w miłości, udane małżeństwo, długie i szczęśliwe pożycie rodzinne były zawsze we wszystkich czasach i na każdym poziomie społecznym, jednym z najważniejszych celów ludzi. W tradycyjnej społeczności ludowej szukano żony lub męża przeważnie w obrębie swojej wsi i zazwyczaj wśród własnej warstwy społecznej. Wyróżnikiem dla dziewczyny, świadczącym o zainteresowaniu się nią przez chłopaka było coraz częstsze towarzyszenie jej na zabawach i wówczas kiedy zaczynał odwiedzać pannę w domu.
„Już od dawna mówiło się po wsi, że Wiesnerów Gustaw i Foersterów Alma z Zaręby koło Lubania maja się ku sobie…” – czytamy w zapiskach z lat 20-tych XX wieku. W celu zapewnienia wzajemności i trwałości uczuć u wybranego kawalera, uciekano się często do różnych praktyk magicznych: „…Alma opowiadała już swojej przyjaciółce, że w ostatnią Andrzejkową noc, kiedy w swej panieńskiej izdebce w lustro patrzyła – to z niego skinęła postać Gustawa. A gdy przy obieraniu jabłek lub kartofli obierki przez głowę do tyłu rzucała, to miałyby się one na podłodze układać na kształt litery G. A przy niesieniu wody Alma miała być jedyną, która dzban napełniony przy wschodzie słońca doniosła bez rozlania do domu bez wypowiedzenia ani jednego słowa, mimo psot wyczynianych przez chłopaków…”, co znaczyło, że próba zakończyła się dla dziewczyny pomyślnie, a Gustaw był jej przeznaczony.
W zabiegach miłosnych szczególne miejsce zajmowały pewne rośliny i do takich należał niepozorny nasięźrzał, rosnący w lasach (obecnie chroniony0. Wedle ludu miał niezwykłą moc. Wystarczyło go nosić przy sobie a osiągano dzięki temu oszałamiające sukcesy miłosne. Do szczególnego czasu wróżb matrymonialnych należała najkrótsza noc w roku (świętojańska), kiedy to dziewczęta rzucały w nurt strumienia, potoku czy rzeki wianki splecione z bylicy, ruty i jaskółczego ziela, wstawiając w nie kaganek lub świecę. Wyławiali je chłopcy, wierząc, ze w ten sposób zdobywają wybrankę na całe życie. Zapewne śmieszyć może nas obecnie dawna bezgraniczna wiara w moc popiołu nietoperza. Oto, gdy ktokolwiek posypał zdobytym z pewnym trudem owym popiołem „najobojętniejszą dla siebie dziewczynę, to ona o nim tylko będzie myślała”.
Doś powszechnie znany był, dziś kultywowany już w formie żartobliwej, zwyczaj lania wosku, niegdyś cyny, w wigilię Św. Andrzeja. I tak też dziewczęta w tym dniu zbierały się w jednym z domów i gotowały kluski z karteczkami zawierającymi imiona kawalerów. I której pierwszej kluska wypłynęła na wierzch, ta także najwcześniej z obecnych wyda się za mąż.
wróżono ponadto w wigilię Bożego Narodzenia, pierwszy dzień tych świąt a dla kawalerów dodatkowo w dzień Św. Katarzyny. Należy też wspomnieć, że i podczas Świąt Wielkanocnych młodzi okazywali sobie nawzajem sympatię, np. w lany poniedziałek obficie dziewczynę oblewając wodą, za co ona z kolei rewanżowała się chłopcu pięknymi kraszankami z wypisanymi nań deklaracjami swojej przychylności: „kogo miłuję, temu kraszankę podaruję”. Wróżono również z kości. „W dzień Bożego Narodzenia po obiedzie zbierano kości z obiadu i układano je na miotle, naznaczając, którą dziewczynę, która oznacza”. Dobra wróżba, to oczywiście wróżba rychłego i dobrego zamążpójścia. Jeśli jednak pies jedynie powąchał czyjaś kość, to znaczyło, że „ta dziewczyna będzie miała kawalera, lecz jednak ten odejdzie”.
Okazją do wróżb matrymonialnych była też wspólna praca. Podczas żniw ta dziewczyna, która zżęła sierpem ostatnią garść zboża na swojej części pola, uzyskiwała pewność, że i pierwsza za mąż się wyda. Popularne było także wróżenie z płatków przypadkowo zerwanego kwiatu, najczęściej rumianku. Ostatni płatek, w myśl systemu „wydam się, nie wydam” znaczył los dziewczyny na następny rok.
Jak dalece myśli dziewcząt zaprzątnięte były sprawami matrymonialnymi świadczyć może ich nawyk, niegdyś – jak się zdaje – bardzo rozpowszechniony. Panna na wydaniu, wkładając po raz pierwszy nowy kaftan, liczyła guziki, ciesząc się gdy miała je do pary, bo to oznaczało, ze rychło i dobrze się wyda. Tę czynność porównać można z równie popularnym liczeniem kołków w płocie, Kidy to parzysta ich ilość dawała liczącej nadzieje na szybszą odmianę stanu cywilnego.
Przytoczone przykłady – wybrane spośród przebogatych dawnych zwyczajów – były pierwszym etapem ku spełnieniu życiowej pełni, jaką było założenie nowej rodziny, stanowiącej porządek czasu dany człowiekowi.
Autor: Bożena Adamczyk-Pogorzelec

