Epizody Bitwy Lubańskiej – Zagłada 2 Dywizjonu
Cz. 4. Kto zawinił?
Jaki był powód tak bolesnej wpadki Rosjan pomiędzy Henrykowem i Godzieszowem? Nie często się zdarza aby łupem wroga padły pozycje ogniowe artylerii, zazwyczaj oddalone od linii frontu, na stosunkowo bezpiecznym zapleczu, poprzedzone i ubezpieczane od czoła stanowiskami piechoty. Tak było i tym razem ponieważ pas frontu przebiegał przynajmniej 5 km na północ i zachód od linii moździerzy, haubic i armat przeciwpancernych. Nawet w chwili nagłego ataku wroga czujni artylerzyści mieliby wystarczająco dużo czasu na likwidację pozycji i odwrót leżącą kilkaset metrów obok szosą w kierunku Godzieszowa. Dlaczego zatem nie podjęto takiej decyzji doprowadzając do tak poważnych strat? Przypomnijmy, iż w końcowej fazie walk pod Lubaniem każdy czołg i armata były dla Rosjan na wagę złota. Dla przykładu sama tylko 51 brygada pancerna gwardii z 6 korpusu pancernego gwardii (jedna z sześciu brygad pancernych walczących pod Lubaniem), która w tych dniach również toczyła boje w rejonie Godzieszowa, w okresie od 8 lutego do 7 marca na posiadanych 40 czołgów utraciła bezpowrotnie 32 (spalone) i 5 poważnie uszkodzonych (sic!). [4]
Jak mówi stare porzekadło: Sukces ma wielu ojców, zaś porażka jest sierotą. Dowództwa artylerii (4 Artyleryjskiej Dywizji Przełamiania) i piechoty (254 Dywizji Piechoty) nawzajem przerzucały się odpowiedzialnością za straty, a winnych wszak trzeba było ustalić. Zacytujmy zatem opinie na powyższy temat obydwu stron. Są one o tyle ciekawe, gdyż pośrednio analizują w sposób generalny przyczyny sowieckiej porażki pod Lubaniem. Naczelnik sztabu 254 Dywizji Piechoty pułkownik Andrianow tłumaczył:
Obrona do momentu ataku Niemców była niedostatecznie przygotowana z powodu braku czasu: nie wykopano transzei, zdążono wykopać jedynie dołki strzeleckie; szczególnie słabo przygotowano obsadę na odcinku 936 pp [wieś Henryków – w.a.], w centrum i na lewej flance 933 pp [rejon Sławnikowic-Bielawy Górnej – w.a.]. Luki pomiędzy garnizonami [wynosiły] do 500-1.000m i nie wszędzie w zasięgu ognia karabinów maszynowych; artyleria na linii natarcia była pozbawiona możliwości manewru kołowego z powodu roztopów i zajęcia przez wroga w początkowej fazie 2.03. jedynej możliwej dla ruchu drogi na Hohkirh [Przesieczany – w.a.] ; stanowiska ogniowe artylerii na ukrytych pozycjach 4.03.45r. były nie przygotowane, nie wykonano dostatecznego przygotowania pola ostrzału, manewr kołowy ograniczony. W rezultacie oddano nieprzyjacielowi jednostki artylerii na pozycjach ogniowych. Jednak winę za to przez brak spostrzegawczości i nieuporządkowanie ponoszą również niektórzy dowódcy artylerzyści. [2]

Fot. 2. Obszar walk pomiędzy Henrykowem i Godzieszowem widziany ze wzgórza 270,5 Fichtel-Berg (źr. autor)
Z kolei naczelnik sztabu 10 Artyleryjskiego Korpusu Przełamania major Guścin skomentował zaistniały stan rzeczy następująco:
4.03 2/49 BMC zajmował pozycje bojowe w lesie 1,5km na pd-w od wzg. 316,7. O godz. 14.00 został zaatakowany przez przeciwnika siłą do 1 batalionu przy wsparciu 9 czołgów. Dwa czołgi wroga z piechotą podeszły wprost pod pozycje ogniowe, a 7 czołgów odcięło drogę odwrotu.
Znajdująca się z przodu nasza piechota i dwa Su-76 odstąpiły nie podejmując walki, w rezultacie czego dywizjon ciężkich moździerzy pozostał bez przeciwpancernej i strzeleckiej osłony. [3]
I tyle. Raczej trudno zgodzić się z takim postawieniem sprawy przez dowództwo artylerii. Po przedstawionej wcześniej analizie walk piechoty trudno zarzucić oddziałom 933 i 936 pp odstąpienie bez podejmowania walki. Zwłaszcza że najnowsze dane za okres najbardziej zaciętych starć w dniach 02-05.03.1945r. dotyczące tylko 254 Dywizji Piechoty (a więc głównie 933 i 936 pułków piechoty) mówią o 155 poległych i zaginionych i 193 rannych. Wydaje się, iż jak na dwa pułki piechoty to nie za wiele, gdy jednak weźmiemy pod uwagę fakt, iż w tym okresie walk jednostki dysponowały 50%, a nawet mniejszą liczbą etatów, to wtedy są to już liczby poważne. Tak więc wydaje się, iż główną winą za straty pod Godzieszowem i Henrykowem należałoby jednak obarczyć jeśli nie bezpośrednio dowódcę jednostki moździerzy to przynajmniej sztab 49 Brygady Moździerzy Ciężkich, który najwyraźniej nie dysponował najświeższymi danymi o sytuacji na froncie.
Niestety nie dotarłem do informacji jakie konsekwencje wyciągnięto w stosunku do winnych, ale jestem przekonany, iż utrata pokaźnej ilości sprzętu oraz straty osobowe musiały spotkać się z reperkusjami. Marszałek Koniew jeśli już „pofatygował” się pod Lubań, to w określonym celu, przede wszystkim zdyscyplinowania oddziałów i przykładnego ukarania winnych. W swoich wspomnieniach po latach dowódca frontu dość łagodnymi słowami określił błędną strategię Rybałki polegającą na rozdzieleniu sił atakujących Zgorzelec (7 Korpus Pancerny od zachodu poprzez Lubań, 6 Korpus Pancerny od północnego wschodu, od strony Pieńska). Ale to było po latach. Natomiast sam gen. Rybałko „rugał” na gorąco podwładnych, dowódców brygad pancernych, już po ustabilizowaniu sytuacji na froncie, zarzucając bezmyślne zaangażowanie jednostek pancernych w walkach w Lubaniu. Tak jakby to była ich autonomiczna decyzja!

Fot.3. Widok na Lubań od strony Pisarzowic, marzec 1945, w tle Harcerska Góra (źr. niemiecka kronika filmowa)

Fot. 5. Działon jednej z jednostek artylerii przeciwpancernej 52 Armii podczas walki (źr. http://www.liveinternet.ru)

Fot. 6. U podnórza 316,7 – jedna z potencjalnych dróg niemieckiego ataku od strony Sławnikowic (źr. autor)
Nawiasem mówiąc całkowity bilans sowieckich strat osobowych w czasie Bitwy Lubańskiej w świetle najnowszych dokumentów podlega istotnej weryfikacji „w górę” i zapewne kiedyś warto byłoby na ten temat napisać nieco szerzej. Jak dotąd publicyści akcentowali właściwie tylko straty materialne (liczba zniszczonych czołgów, zdobytych dział itd.), a w odniesieniu do strat osobowych skupiano się na jednostkach 3 Armii Pancernej Gwardii. W rzeczywistości jednak straty samych tylko czterech dywizji piechoty z 52 Armii, biorących udział w walkach nad Kwisą, były bardzo wysokie, idące w wiele setek ludzi i zarazem dużo wyższe od strat pancerniaków. A przecież w dniach kryzysu pod Lubaniem do akcji wkroczyły również siły rezerwowe, samodzielne jednostki pancerne i zmechanizowane będące w odwodach obydwu dowództw armii. Nie zapominajmy również o dopiero niedawno zbilansowanych kilkudziesięciu lotnikach z 2 Armii Lotniczej poległych w zmaganiach powietrznych wokół miasta.
To dlatego również tak trudno dotrzeć dziś do szczegółowych informacji i wspomnień na temat nieudanej batalii 3 Armii Pancernej Gwardii gen. Pawła Rybałki w ataku na Zgorzelec w marcu 1945 r. gdzie Lubań miał zostać wchłonięty niejako przy okazji, „po drodze”. Sprawa Lubania i bolesnej, choć tak naprawdę niewiele znaczącej dla szerokiego teatru działań wojennych porażki Armii Czerwonej w okolicach naszego miasta, do dziś stanowi dla Rosjan temat niewdzięczny. Wszystko zapewne z powodu niejako zaciągniętej nad tymi wydarzeniami zasłony milczenia przez sowieckich wojskowych decydentów. W dziennikach bojowych dużych związków taktycznych, korpusów i armii, opis walk pod Lubaniem często jest lakoniczny, potraktowany bardzo skrótowo, zaś straty skrzętnie przemilczane. Na szczęście jednak coś tam zawsze można doczytać analizując szczątkowo i sumując dane z opublikowanych dokumentów mniejszych jednostek i dzięki temu m.in. mogliśmy zapoznać się bliżej z tragicznym losem 2 dywizjonu moździerzy ciężkich.

Fot. 7. Czołg T-34/85 z 7 kp gw. 3 Armii Pancernej Gwardii przejeżdża obok kolumny transportowej ciężarówek Studebaker; Niemcy, wiosna 1945 r. (źr. https://topwar.ru)
Na koniec wróćmy na moment do samej historii konstrukcji ciężkiego moździerza 160 mm wz. 1943. Broń ta jako konstrukcja nowatorska i sprawdzona w boju był produkowany jeszcze przez dwa lata po wojnie pod oznaczeniem 160 mm M-160. W kolejnej wersji wydłużono lufę do 4,5 m zwiększając zasięg, zabudowano bezpiecznik uniemożliwiający odpalenie pocisku przy niedomkniętym zamku, zabudowano oporopowrotnik. Łącznie wykonano 1.557 szt. moździerzy, które znalazły się na wyposażeniu wielu armii świata. W okresie 1944-45 również Wojsko Polskie korzystało z moździerzy MT-13. Pomimo modyfikacji i ulepszenia konstrukcji, po roku 1947 do głosu doszedł jednak konkurent Tewerowskiego, znany konstruktor sowieckich moździerzy Borys Szawyrin. Do masowej produkcji w latach 50-tych weszły moździerze typu SKB kalibru 160 mm i 240 mm, a nawet 420 mm na podwoziu gąsienicowym. Ale to już inna historia.
Jarosław Ludowski
Bibliografia:
[1] Журнал боевых действий 52 А; ЦАМО РФ
[2] Описание боев 254 сд 02-05.03.45; ЦАМО РФ
[3] Журнал боевых действий 10 ак; ЦАМО РФ
[4] Отчет о боевых действиях 51 гв. Тбр; ЦАМО РФ



