Epizody Bitwy Lubańskiej – Zagłada 2 Dywizjonu
Cz. 2. Ciężki moździerz dywizyjny MT-13
W części 2 kontynuujemy opis jednego z epizodów Bitwy Lubańskiej, zaciętych walk do jakich doszło w dniach 1-4 marca 1945 r. w rejonie Henrykowa i Godzieszowa, w wyniku których doszczętnie rozbito jednostkę radzieckiej artylerii.
Zanim przejdziemy do opisu zdarzeń wypada bliżej scharakteryzować oryginalną broń 49 Brygady Moździerzy Ciężkich, broń o potężnej sile rażenia, obecności której bardzo liczne ślady można do dziś napotkać w obszarze walk wokół Lubania. Dodajmy oryginalną i rzadką, gdyż jej zastosowanie w końcowej fazie II Wojny Światowej aż tak częste nie było, co tym bardziej „nobilituje” Bitwę Lubańską.
U podstaw stworzenia MT-13 leżało zlecenie z Głównego Zarządu Artylerii Armii Czerwonej na opracowanie taniego moździerza dużego kalibru mającego zastąpić znacznie cięższe i droższe w produkcji i użyciu haubice kalibru 122mm i 152 mm. Moździerz miał za zadanie na niewielkim dystansie skutecznie niszczyć umocnione punkty oporu wroga, zapory czy stanowiska ogniowe artylerii. W 1941 roku osiem wybranych konstrukcji różnych producentów poddano próbom poligonowym, z których najlepsze wyniki osiągnął projekt Josifa Tewerowskiego. Jako ciekawostkę warto podać, iż w finale, gdy na polu konkursowych zmagań pozostały dwa typy moździerzy, Tewerowskiego i drugiego z konstruktorów, Szawyrina, twórcy doskonałego moździerza 120 mm, przewodniczący komisji konkursowej polecił obsłudze przetoczyć moździerze po placu. W przypadku MT-13 dwóch ludzi obsługi zrobiło to nieomal w biegu, natomiast moździerza Szawyrina nie udało się ruszyć z miejsca.
Produkcję moździerza zlecono Fabryce Maszyn w Tule (Tulski Maszinostroitielnyj Zawod) za Uralem, jednak przygotowanie produkcji i zapewne cykl niezbędnych testów poligonowych jak również i poprawek sprawił, iż pierwsze egzemplarze moździerza trafiły na wyposażenie Armii Czerwonej dopiero w styczniu 1944 r. W całym 1944 r. wykonano zaledwie 350 egzemplarzy tej broni, z której ok. 30 szt. (9%) w marcu 1945 roku znalazło się właśnie pod Lubaniem.
Sam moździerz cechował się bardzo oryginalną konstrukcją. Łączył w sobie cechy typowej armaty wyposażonej w zamek i ładowanej odtylcowo i klasycznego, gładkolufowego moździerza z płytą oporową. W jednostkach artylerii tak dużego kalibru typowe ładowanie pocisku od góry nie wchodziło w rachubę, gdyż zarówno jego waga (z rosyjskiego – mina F-852 o wadze 40,852 kg), a przede wszystkim długość lufy (3 m) w praktyce to uniemożliwiały. Konstruktorzy zastosowali zatem proste rozwiązanie przestawienia lufy do poziomu i załadowania miny od tyłu.
Całość po zaryglowaniu pod własnym ciężarem powracała do pozycji wystrzału. Siłę odrzutu podczas wystrzału tłumiła płyta oporowa przeciwdziałająca zagłębieniu moździerza w podłoże (zapożyczona z moździerza 120 mm) oraz amortyzator. Rolę uszczelnienia od dołu zabezpieczającego przed utratą energii gazów prochowych pełniła dodatkowa pusta łuska tzw. obturacyjna, wkładana do lufy razem z pociskiem. Dzięki wyposażeniu w koła i hak holujący montowany na lufie, moździerz bardzo szybko mógł być przemieszczany w warunkach bojowych. Czas przejścia z pozycji transportowej do bojowej wynosił zaledwie do 10 minut, na odwrót do 4 minut. Załoga – 7 osób, szybkostrzelność do 3 strzałów na minutę, zasięg 5.150 m.
Jak już napisałem wcześniej na ślady użycia MT-13 pod Lubaniem natrafić można dość często. Będą to oczywiście głównie stabilizatory pocisku typu F-852 (F – z rosyjskiego fugasnyj – burzący) tzw. lotki, siłą wybuchu zazwyczaj skręcone w charakterystyczną spiralę. Ich wielkość robi wrażenie. Jeżeli porównamy je z lotkami pocisków moździerzowych mniejszych kalibrów, to dopiero wtedy dostrzeżemy różnicę. Przypomnę, iż długość pocisku wynosiła 1,1 m a waga niemal 41 kg, w tym ładunku wybuchowego ok. 8 kg.

Fot. 6. Szczątki F-852 na tle innych granatów moździerzowych w Muzeum Militariów w Lubaniu (źr. autor)
U stóp wzgórza 316,7
Jak już napisano wcześniej 4 dywizjony 49 brygady rozlokowały się wzdłuż linii frontu od Pieńska po Nawojów Łużycki. Drugi dywizjon – 2/49 BMC – zajął pozycje bojowe w lesie, 1,5 km na południowy-wschód od wzgórza 316,7. Kojarzymy ten najbardziej wyniosły wierzchołek urokliwych, porośniętych sosną i buczyną Wzgórz Sławnikowickich (niem. Kieslingswalder Berge) wchodzących w skład sporego obszaru leśnego Lubańskiego Lasu Klasztornego (niem. Laubaner Klosterforst), doskonale widoczny od strony Godzieszowa gdy spoglądamy na południowy-zachód. Ta buczyna przyciąga swoich wielbicieli i smakoszy, z którymi podczas wycieczek w tamten rejon miałem często do czynienia. Czasami te spotkania były z lekka rzecz ujmując nieco ryzykowne, gdy nagle na ścieżkę wypadała locha z warchlakami bądź gdy trafiłem w sam środek polowania i zwierzęcy trup dosłownie słał się gęsto. Ale o tych, dzięki Bogu szczęśliwie zakończonych przeżyciach, opowiemy innym razem.
Już za Henrykowem, po obydwu stronach szosy jadąc łącznikiem do autostrady A-4 w kierunku Godzieszowa, za owym feralnym (duża liczba wypadków), ostrym zakrętem w lewo rozlokowano w lesie co najmniej 6 stanowisk ciężkich moździerzy wraz z obsługą, środkami transportu, amunicją, paliwem. Baterie zwrócone na południe pokrywały zasięgiem swojego ognia obszar aż po szosę biegnącą z Lubania do Zgorzelca.
Na ślady stacjonowania dywizjonu można natrafić jeszcze dziś, choć oczywiście będzie to możliwe jedynie przy wykorzystaniu wykrywacza metali. Przy odrobinie szczęścia odnajdziemy wymienne spłonki artyleryjskie służące do odpalania granatu moździerza, akcesoria samochodowe w postaci narzędzi, zapasowych żarówek czy elementy ekwipunku żołnierskiego – maski p-gaz, sztućce i wiele, wiele innych przedmiotów związanych z pobytem w terenie grupy wojska. Ciekawostką będą np. części samochodowe produkcji amerykańskiej, jak wiadomo dostarczane Rosjanom w ramach programu pomocy Lend-Lease. Jak się później okaże transport dywizjonu zapewniały amerykańskie ciężarówki Studebaker i Chevrolet.

Fot. 11. Żarówka zastępcza (pot. termos) produkcji USA, tylne światło sygnałowe (źr. autor, o5m6.de)
Raczej na pewno nie natrafimy już na bardzo rzadkie znalezisko, a mianowicie duże mosiężne łuski obturacyjne do moździerza. Ja odnalazłem zaledwie 3 sztuki, w tym dwie dość mocno zniekształcone wskutek przedostania się gazów prochowych pomiędzy ściankę lufy, a ściankę łuski. Spłaszczenie mosiężnej ścianki łuski jakby to była blaszka cienkiego aluminium świadczy o potężnej energii gazów prochowych. Wszak 40 kg pocisk trzeba było wyrzucić na odległość 5 kilometrów. Na miejscu odnalazłem jeszcze końcówkę wyciora do czyszczenia lufy.
Bardzo dobrze zachowaną lotkę pocisku F-852 z pokaźnym fragmentem skorupy możemy również obejrzeć w Muzeum Militariów Tomasza Sikorskiego na terenie dworca PKP w Lubaniu.
Całość sprzętu ukryto w lesie, w pewnym oddaleniu od szosy. Co ciekawe stanowiska moździerzy ulokowano pośród wysokiego drzewostanu, a nie na skraju pola kilkaset metrów dalej na południe. Miało to zapewne uchronić baterie przed potencjalnym atakiem lotniczym, ale jednocześnie nieco przesłaniało pole ostrzału i uniemożliwiało w praktyce prowadzenie ognia w różnych kierunkach. Nie trzeba specjalnie tłumaczyć jak ważne dla artylerzysty jest odpowiednie przygotowanie pola ostrzału i czym groziłoby trafienie pociskiem kalibru 160 mm w jedno z pobliskich drzew. Jak się później okaże właśnie ten element w dużym stopniu przyczynił się do klęski dywizjonu.
Jarosław Ludowski
c.d.n.













