Ocalili Bukowinę od zapomnienia
Fundacja Bukowińska „Bratnia Pomoc” w Lubaniu, była realizatorem projektu pod nazwą ,, Powrót do korzeni – śladami naszych ojców na Bukowinę”. W ostatnią sobotę starego roku w lubańskim Trecie, odbyło się podsumowanie tego przedsięwzięcia, połączone z promocją książki zatytułowanej „Bukowina ocalona od zapomnienia”
Celem projektu było ocalenie od zapomnienia dorobku kulturalnego i tradycji bukowińskich, oraz zainteresowanie mieszkańców Lubania i Powiatu Lubańskiego dziejami i twórczością Bukowińczyków. Na realizację projektu Fundacja otrzymała dofinansowanie w wysokości ponad 35 tysięcy złotych, z ogólnopolskiego programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich. Wniosek Fundacji Bukowińskiej BRATNIA POMOC zajął wysokie 3 miejsce wśród 1490 innych projektów, które napłynęły na konkurs z terenu całej Polski.
Bukowińczycy to Polacy, którzy przyjechali na teren dzisiejszej Polski po zakończeniu II wojny światowej z terenu Bukowiny – historycznej krainy znajdującej się na pograniczu dzisiejszej Ukrainy i Rumunii. Część z nich osiedliła się w lubańskiej dzielnicy Uniegoszcz, oraz w sołectwie Gminy Wiejskiej Lubań o tej samej nazwie.
Poniżej prezentujemy reportaż dotyczący tego wydarzenia, przygotowany przez dziennikarzy TV Komsat
Red.
Foto: ŁCR

Przerwa świąteczna spowodowała, że byłem nieobecny na podsumowaniu tego projektu. Dziękując za miłe słowa o książce, jakie do mnie – jednego ze współautorów książki – dotarły, poniżej przytaczam treść listu, jaki wystosowałem do uczestników spotkania zwieńczającego projekt.
Szanowni Państwo!
Pozwólcie, że w tej formie zwrócę się Was, uczestniczących w promocji książki „Bukowina ocalona od zapomnienia”, którą – w części – dane mi było współtworzyć. Zapytany przez Pana Jana Gułę i Panią Marię Lesiak z Fundacji Bukowińskiej „Bratnia Pomoc” oraz Panią Magdalenę Gułę z „Pogranicza”, czy podejmę się tego tematu, odpowiedziałem twierdząco, choć nie bez obaw. Wszak to już 19 lat upłynęło, kiedy wybrałem się wraz z Fundacją na Bukowinę, ale tamta wyprawa na trwale zapisała się w mojej pamięci. Wówczas Bukowinę poznawałem, chłonąc wszystko, co ujrzałem, rejestrując zdarzenia a przede wszystkim losy ludzi. Tak, Bukowińczycy zawsze interesowali mnie najbardziej, na tle swojej jakże pogmatwanej historii. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo pogmatwanej.
I teraz, kiedy przyszło mi ponownie zmierzyć się z tematem Bukowiny i Bukowińczyków, odbyłem szereg rozmów (z dokładnie dziewiętnastoma rozmówcami), które po wysłuchaniu, spisaniu i opracowaniu stały się częścią tej książki. Oczywiście, rozmów o Bukowinie było znacznie więcej, a ja sam przy tej okazji wzbogaciłem swą wiedzę o kilka lektur – po polsku i niemiecku – wcześniej mi nieznanych. Wszystkim moim rozmówcom chcę w tym miejscu serdecznie podziękować, że chcieliście Państwo podzielić się swoimi wspomnieniami, jakże często powikłanymi i skomplikowanymi. Mam nadzieję, że choć w części udało mi się oddać charakter Waszych wspomnień. Była to naprawdę frapująca przygoda dziennikarska a niejedna usłyszana relacja zasługuje na osobny artykuł, czy nawet coś większego. Byłem pod wrażeniem wielu rozmów i rozmówców. Jako że mamy czas kolęd – to choćby tych, które śpiewała mi Pani Anna Barszcz, po rumuńsku i ukraińsku! Wrażeniem niesamowitym były pamiątki – dokumenty Pana Jana Czepiela, które troskliwie przechowuje tyle lat aż do dnia dzisiejszego, a których część znalazła się – nieskromnie mówiąc – za moją usilną namową w tej książce. Mógłbym tak długo wymieniać o każdym z rozmówców…
Kiedy słuchacie Państwo tego listu – w tle ukazują się zdjęcia z klasztoru w Krzeszowie, naszego diecezjalnego sanktuarium, dokąd udałem się pracując nad książką. Udałem się w towarzystwie trzech Pań z Pisarzowic – Olgi Michaliny Guły, Janiny Menich i Marty Zjawin. Tenże klasztor to fragment ich życia, to część historii Bukowiny i powikłanych losów Bukowińczyków. Niechże tych kilka słów będzie swoistym post scriptum, uzupełnieniem historii, którą było mi dane wysłuchać i opisać. Jako że te trzy Panie po 73 latach, opowiedziały o swoich przeżyciach siostrom benedyktynkom z Krzeszowa, sprowadzonym tu ze Lwowa w 1946 roku.
I trakcie ich opowieści przełożona klasztoru nieoczekiwanie przyniosła zdjęcie… ślubne młodej pary. Cóż mogło robić w klasztorze? Jedyne wytłumaczenie jest takie, że musiało należeć do przebywających w nim w latach 1940-41 Bukowińczyków. Ktoś spyta – czy można odkryć coś więcej? Pewnie tak, bo niebawem panie zaproszone zostały przez siostry na klasztorne piętra i bezbłędnie wskazały klasztorne pokoje, w których podczas wojny mieszkały. Zaś krzeszowski ksiądz proboszcz Marian Kopko, kiedy usłyszał tę niesamowitą historię, udostępnił nam zachowaną księgę urodzin. Pani Marta Zjawin osobiście sprawdziła w niej zachowany wpis. Wpis o niej samej! Dziś wiemy, że w listopadzie 1940 roku jej chrztu dokonywał krzeszowski zakonnik, ojciec Ferdynand. Jak podają klasztorne kroniki, był specjalistą od języków słowiańskich, znał polski i czeski, odprawiał msze i spowiadał w tych językach. Co ciekawe, w tej samej księdze kilka stron dalej pani Marta dokonała kolejnego odkrycia: siedem miesięcy później w krzeszowskim kościele ten sam benedyktyn udziela sakramentu chrztu… kuzynce pań Olgi i Marty – Getrudzie Smajda.
Moja odkrywcza żyłka nie pozwoliła przejść obojętnie obok tego ślubnego zdjęcia, pokazanego przez benedyktynki. Kiedy ksiądz proboszcz wyciągnął osobną księgę, tym razem ślubów z lat 1940-41, należało jedynie sprawdzić, czy zapisano w niej nowożeńców z Bukowiny. Okazało się, że tak. I to konkretnie – wszyscy z tej samej Nowej Żadowy! A jako że młodych par było aż cztery, dziś mamy zagadkę częściowo rozwiązaną. Kto wie, może niebawem – przy pomocy Bukowińczyków niemieckich – rozwiążemy ją do końca?
Pragnę zaznaczyć, że ten okres krzeszowskiego klasztoru był do tej pory praktycznie słabo zbadany. Klasztorne kroniki podają liczbę ulokowanych w klasztorze Bukowińczyków – w Krzeszowie (850) i w pobliskiej leśnej restauracji Betlejem (250). Przesiedleńcy byli różnych wyznań – po 1/3 rzymsko-katolickiego, greko-katolickiego i protestanckiego. W kronikach klasztornych wzmiankuje, że klasztor z bukowińskich przesiedleńców opustoszał całkowicie pod koniec sierpnia 1941 roku.
A co stało się później z tymi Bukowińczykami? Szczegóły macie Państwo w książce, ja dopowiem tylko, że na osobne opracowanie czeka pobyt Bukowińczyków podczas wojny w innym pięknym dziś dolnośląskim miejscu – czyli na Zamku Książ. Mam nadzieję, że wkrótce Pan Jan Krasowski i jego ciocia Rozalia także szczegółowo dopowiedzą nam tę historię. Kto wie – może w osobnej publikacji? A zapewniam Państwa, że warto, bo jest równie sensacyjna i szerzej nieznana. A może w przyszłości zespół „Echo Bukowiny” na swoich koncertowych trasach zajrzy i do Krzeszowa, i do Książa? Życzę im tego!
To kilka wątków, którymi chciałem podzielić się z pracy nad książką. I jeszcze jedno – na każdym kroku podkreślam, że miasta Lubań i Storożyniec, że powiat lubański i okręg storożyniecki łączą naturalne więzi. Dzieje się tak od wielu dziesiątek lat za sprawą ludzi – Was Bukowińczyków. Jeśli słuchają tego listu przedstawiciele władz miasta Lubania i powiatu lubańskiego, raz jeszcze pragnę do nich zaapelować: poszukajcie, proszę – tam, na północnej Bukowinie, dziś części Ukrainy, kraju aktualnie historycznych przeobrażeń, naszych naturalnych miast i okręgów partnerskich! Bo związki i relacje między nami już napisała historia. Wyjdzie to na dobre i z pożytkiem dla wszystkich – starszych a przede wszystkim młodszych pokoleń. A wtedy będziemy mogli powiedzieć – za tytułem dzisiejszej książki – że, nadając nowy sens wzajemnym międzyludzkim relacjom, naprawdę ocaliliśmy Bukowinę od zapomnienia.
Niech będzie to jedno z życzeń na nadchodzący Nowy Rok 2014, które Państwu składam. Życzę także dużo zdrowia i radości
– i serdecznie pozdrawiam
Janusz Skowroński