Najpierw wpadły mu w ręce zdjęcia z zamkiem. Od razu go oczarował . Przy pierwszej okazji postanowił, że zamek zwiedzi. Nie było to proste, bo służba w żandarmerii wojskowej rzuciła go w inny koniec kraju. Ale któregoś razu skorzystał z okazji, gdy wypadł mu wyjazd na Dolny Śląsk. Obejrzał wszystko z detalami, nawet wszedł na wieżę. Bezbłędnie rozpoznawał miejsca z „Gdzie jest generał?” Takie były początki.

Czocha 2009

 

Kasztelan z zamku Czocha

Po latach Piotr Kucznir jest znów w zamku. Jako wolontariusz, choć bardzo nie lubi tego określenia. „Społecznik” też mu nie odpowiada, bo trąci dawnymi latami i porzekadłem, że  ze mną grzecznie, bo ja społecznie.  Kiedy wstąpił do działającego przy zabytku Stowarzyszenia „Zamek Czocha”, zgłosił się do kierownictwa. „Chcę tu pracować za uśmiech, żadnych pieniędzy” – oznajmił na progu Katarzynie Nowak, która ledwie kilka tygodni wcześniej objęła szefowanie zamkiem. Nawet dobrze – on tu nowy, ona także. Chciał robić wszystko: sprzątać, remontować, oprowadzać grupy, bo wiedzę o zamku zgromadził przez lata całkiem sporą. No i stało się. Przyjeżdżał na wekeendy i brał się do roboty. Sprzątał według prostego klucza – od wieży zamkowej w dół…

Na początku dojeżdżał. Z Bolesławca jest kawałek. Poranny autobus miał o 7.20. Z Leśnej szedł pieszo. Po kilku tygodniach zdeterminowany zapytał, czy może w fosie… rozbić namiot, bo idzie lato i szkoda mu czasu na dojazdy. Od razu otrzymał skromny pokoik na przedzamczu. Piotr oczywiście doprowadził go wcześniej do stanu używalności. Wystarczyło, luksusów nie oczekiwał. Pracował całymi dniami.
Początkowo wzięto go za „kogoś z centrali”. – Załoga podejrzewała mnie za…szpiega zarządu krakowskiego  – mówi o swoim starcie.
Hotelowa spółka zarządzająca 21 obiektami w Polsce mieści się w grodzie Kraka. Wśród nich niepowtarzalna, bo zabytkowa Czocha. Potem plotki zeszły na niższy poziom – pewnie czyha na stanowisko konserwatora, recepcjonisty, może któregoś z kierowników… snuto najróżniejsze domysły. A on robił swoje.
W końcu plotki ucichły. Widziano, że to co robi, jest niegroźne dla nikogo a pożyteczne dla otoczenia. No i wszędzie porządki, porządki… Pootwierał nowe, do tej pory tajne, bo zamurowane przejścia, z których słynie zamek. Po wieży porządki objęły winiarnię, piwnice i bibliotekę, z której… powynosił zbroje i topory. Gdzie? Do zbrojowni, bo dla niej znalazło się nowe miejsce w pobliżu zejścia do skarbca. Z pomocą dwóch pracowników odnowił dużą salę restauracyjną, łącznie z malowaniem ścian i cyklinowaniem podłogi. Aż miło popatrzeć!

Piotr Kucznir przeniósł zamkową zbrojownię do dolnych kondygnacji. Można ją zwiedzić po drodze do skarbca, słynnego „pokoju pancernego”.

– Trasę zwiedzania także zmieniłem – chwali się Piotr. – Zupełnie inaczej, nie jak dotychczas; tam i z powrotem. Turysta musi wyjść stąd „zakręcony”. Wtedy zapamięta Czochę.
Teraz trasa jest ciekawsza, niepowtarzalna. Dodatkowy „produkt turystyczny”. Turyści wychodzą zachwyceni i zapamiętują z zamek z niezliczonej liczby tajnych przejść, wąskich korytarzy, nieoczekiwanych wyjść („o, tu już byliśmy, ale z innej strony!”)  Potem Piotr opracował regulamin przewodnictwa po obiekcie, system zwiedzania – z podziałem na dzienne i nocne. I „odkręcił” powtarzane dotychczas teksty o przyjeździe tu Joachima von Bibersteina czy Wacława II. Przewodnik musi mówić tu to, co ma potwierdzenie w faktach i historycznych dokumentach. Legendy zostawmy sobie na inne okazje.
Prawdziwą furorę robią od kilku miesięcy nocne zwiedzania. Piotr z kilkoma osobami zaproponował zupełnie inne spojrzenie na zamek. Po nocnej trasie odgrywane są scenki teatralne, walki rycerskie. Robią wrażenie. Agnieszka, żona Piotra, także zaangażowała się do tego projektu.
– Trochę to dziwne, bo nasze, bractwo czoszańskie wypięło się na nas – żali się Piotr. – Pomoc przyszła od sąsiedniego bractwa z zamku w Kliczkowie.
Wszyscy są zadowoleni, choć Kucznir ma nadzieję, że miejscowi rycerze przemyślą całą sytuację i  tu powrócą. Dla wszystkich znajdzie się zajęcie, bo zamek bez własnych rycerzy… Brzmi dziwnie.
Od maja oprowadzał wycieczki, wspomagając przewodników. W czerwcu z ciekawości policzył, że turyści, którzy tylko z nim zwiedzili Czochę, zostawili w kasie ponad 36 tysięcy. W lipcu i sierpniu było ich jeszcze więcej, ale przestał liczyć. Bo tam, gdzie zaczynają się pieniądze… Kucznir chce zachować swój dotychczasowy status.
– Z panem Piotrem mamy problem – przyznaje Katarzyna Nowak. – Nie chce żadnych pieniędzy i koniec! To przypadek ludzi, którzy już są na wyginięciu. On stawia sobie inne cele a zamkowi oddaje swój czas i serce. Tylko przyklasnąć!
Dyrektor Nowak wie, że działania Piotra musi w końcu jakoś sformalizować. Wie także, że Piotr nie weźmie za swoją pracę ani grosza. Co robić? Krakowski zarząd zna całą sprawę, widzi skutki dalekosiężnej pomocy ze strony nowego „kasztelana”.
– Pracujemy nad rozwiązaniem, satysfakcjonującym i nas, i Piotra – mówi Katarzyna Nowak. – Pieniędzmi moglibyśmy go tylko urazić. Może znajdziemy jakieś rozwiązanie barterowe?  Nagroda albo coś podobnego. Ale szczegółów nie zdradza.
Na zimę Piotr przeniósł się z podzamcza do skromnego pokoiku na najwyższym piętrze zamku. Nocuje tu, gdy poświęca się zamkowi. Teraz w systemie „tydzień Czocha, tydzień dom”. Rodzina w końcu też upomniała się o swoje prawa.

XVIII-wieczne „Elementy prawa feudalnego”  – jedna z trzech odnalezionych przez Piotra w zamkowych zakamarkach książek, teraz z dumą eksponowanych w korytarzu wejściowym.

A na zamku stale coś się dzieje. Piotr z dumą pokazuje trzy odnalezione stare książki.
– Efekt porządkowania biblioteki? – pytam.
– Wcale nie, leżały zapomniane gdzieś na strychu – z dumą pokazuje mi Kodeks Napoleona czy „Prawo górnicze”, wydanie lipskie z 1777 roku. Pewnie służyły tu jeszcze Nostitzom, których ogarnęła gorączka złota nad Kwisą a działania górnicze należało sformalizować.
Teraz książki wyeksponowano w jednej z oświetlonych gablot przy wejściu do zamku. To także zasługa Piotra. Kasztelanowi przyświecają wciąż owe pomysły. Choć zamek znam od lat, Piotr prowadzi mnie między zbrojownię a skarbiec i pokazuje miejsce, gdzie chce odsłonić… kolejne, nowe przejście. Po strukturze muru widać, że jest tu z całą pewnością! A w winiarni zamurowano przed laty urządzenie do schładzania. Taki agregat – lodówkę do niego stanowiło pewnie samo pomieszczenie winiarni. Piotr nie może się nadziwić, że urządzenie mogło latami stać w zapomnieniu.
Kolejny dzień kasztelana Piotra kończy się grubo po północy.
– Rozwiozłem po okolicy plakaty o kolejnym nocnym zwiedzaniu Czochy, zleciłem wykonanie emblematów do kluczy zamkowych pomieszczeń, nawiązałem kontakt z pracownikiem lubańskiego magistratu odpowiedzialnego za promocję turystyczną regionu, oprowadziłem kilka grup – wylicza Piotr, gdy pytam z ciekawości, co tylko w tym jednym dniu udało mu się zrobić.
Na jutro ma zaplanowane kolejne zadania ale wie, że to tylko plan. Często trzeba improwizować, w zależności od bieżących potrzeb. Uwielbia to i – co najważniejsze – jako wolontariusz może sobie na takie zmiany pozwolić.

Tekst i zdjęcia: Janusz Skowroński