Niemiecki grób w lesie
W marcu tego roku postanowiłem wybrać się na wyprawę, której celem był grób leśny rodziny Schultz von Dratzig – ostatnich właścicieli pałacu w Olszynie Dolnej. Z uwagi na to, że pałac ma nowego właściciela musiałem wybrać inny sposób, by dostać się do miejsca, które ostatnim razem miałem okazję widzieć 16 maja 2006 roku wraz ze swoim niemieckim przyjacielem Matthiasem Benjakiem, którego korzenie są właśnie w Olszynie. Grobowiec w lesie, pałac i stary niemiecki ród – to dość ciekawa historia.
Po drodze pomstowałem w duchu, że pewnych aspektów wyprawy nie przemyślałem (sztruksowa marynarka i zbyt ładne buty to nie zbyt dobry pomysł na wycieczkę w teren), ale potem nie miało to już większego znaczenia, szczególnie gdy udało mi się uniknąć spotkania z psami pilnującymi pałacu. Powodem był sam szlak.
Wybrałem się torowiskiem kolejowym, bowiem tylko tak najlepiej było przedostać się na drugą stronę – za siedzibę dawnego Majątku Dolnego. W 2006 roku było to o wiele prostsze, bowiem teren pozostawał jeszcze w rękach innego właściciela, który nie bardzo dbał o to, co się na nim znajdowało i właściwie był otwarty dla wszystkich, a zwłaszcza dla wszelkiej maści złodziei. Jakoś we wrześniu 2006 roku napisałem jeden z pierwszych artykułów w Ziemi Lubańskiej, który traktował właśnie o ukrytym w lesie grobie ostatnich panów na Majątku Dolnym (niem. Niedergur lub Endegut). Właściwie to był opis ciekawostki, o której wtedy chyba niezbyt wielu olszynian wiedziało.
Wybrałem się torowiskiem kolejowym, bowiem tylko tak najlepiej było przedostać się na drugą stronę – za siedzibę dawnego Majątku Dolnego. W 2006 roku było to o wiele prostsze, bowiem teren pozostawał jeszcze w rękach innego właściciela, który nie bardzo dbał o to, co się na nim znajdowało i właściwie był otwarty dla wszystkich, a zwłaszcza dla wszelkiej maści złodziei. Jakoś we wrześniu 2006 roku napisałem jeden z pierwszych artykułów w Ziemi Lubańskiej, który traktował właśnie o ukrytym w lesie grobie ostatnich panów na Majątku Dolnym (niem. Niedergur lub Endegut). Właściwie to był opis ciekawostki, o której wtedy chyba niezbyt wielu olszynian wiedziało.
Potem Zbigniew Madurowicz napisał szerzej o tej sprawie, a konkretnie o staroście lubańskim Rudolfie Schultz von Dratzig – oficerze SS, którego rodzina w 1902 roku przejęła Majątek Dolny wraz z pałacem i przynależnymi polami (Z. Madurowicz, Olszyńskie posiadłości ziemskie i ich właściciele, w: Ziemia Lubańska, Nr 19/2008 TUTAJ). Zbigniew Madurowicz w jeszcze innym swoim artykule publikowanym w Ziemi Lubańskiej w 2007 roku (Z. Madurowicz, Życie społeczne i polityczne w Olszynie w okresie międzywojennym. cz.II, w: Ziemia Lubańska, Nr 23/2007 TUTAJ) napisał o tym człowieku, prezentując krótki, ale za to bardzo interesujący, zarys sylwetki znakomitego w tamtych czasach mieszkańca Olszyny. Dziś ta postać nie jest raczej powodem do dumy, ale warto to i owo wiedzieć, by poznać emocje, jakie mi towarzyszyły podczas tej minionej niedzielnej wyprawy, którą – mimo wszystko – mogę uznać za bardzo udaną, choć pełną takiego dość specyficznego lęku przed spojrzeniem w mroczną otchłań regionalnej historii Olszyny i naszego powiatu. Mroczną, ale za to bardzo pociągającą…
Rudolf Schultz von Dratzig – urodził się 15 lipca 1897 roku w Saarbrücken. Jego ojciec w latach 1897-1902 był dowódcą 7-go Reńskiego Regimentu Ułanów Wielkiego Księcia Fryderyka von Baden. W 1903 roku rodzina wróciła na Śląsk, skąd pochodziła, i osiedliła się w Olszynie, gdzie jego ojciec odkupił od właściciela browaru Rupperta majątek w Olszynie Dolnej. Młody Rudolf ukończył lubańskie gimnazjum i w momencie wybuchu pierwszej wojny światowej, idąc w ślady ojca, w szeregach Śląskiego Pułku Huzarów von Schilla ruszył w głąb Rosji. (powyżej zdjęcie z lat 30 – tych, kiedy Rudolf Schultz von Dratzig już służył w SS. na zdjęciu w stopniu Sturmbannführera czyli majora. W tej formacji Rudolf Schultz von Dratzig dosłużył się stopnia generalskiego – przyp. red.).
Młody oficer szybko zdobył zaufanie dowódców swoim męstwem, za co w 1914 roku dwukrotnie został odznaczony Krzyżem Żelaznym I i II klasy. W listopadzie 1917 roku zamienił konia na samolot, przechodząc do 73 Eskadry Myśliwskiej, gdzie zdobył dwukrotnie Wojenny Krzyż Zasługi I i II klasy.
Po zakończeniu wojny ukończył studia uniwersyteckie zwieńczone doktoratem z ekonomii politycznej. Następne dwa lata, jak przystało na niemieckiego szlachcica tamtych czasów, spędził w niemieckich koloniach w Afryce Wschodniej. W 1929 roku wrócił do Olszyny i zaczął zarządzać majątkiem po samobójczej śmierci swego młodszego brata Eberharda.
Po zakończeniu wojny ukończył studia uniwersyteckie zwieńczone doktoratem z ekonomii politycznej. Następne dwa lata, jak przystało na niemieckiego szlachcica tamtych czasów, spędził w niemieckich koloniach w Afryce Wschodniej. W 1929 roku wrócił do Olszyny i zaczął zarządzać majątkiem po samobójczej śmierci swego młodszego brata Eberharda.
Kiedy ruch narodowosocjalistyczny dotarł do powiatu lubańskiego Rudolf Schultz v. Dratzig stanął w pierwszej linii. Organizował wiece i bojówki, często przemawiał i agitował. Młodego energicznego bojownika szybko zauważyli przełożeni tworzącego się SS (Schutzstaffeln) i 20 października 1931 roku Rudolf został członkiem tej formacji o numerze 12332 w stopniu Sturmführera (porucznika). 30 lipca 1933 roku awansował do stopnia Obersturmbannführera (podpułkownik), a półtora roku później (19 stycznia 1935 roku) był już Standartenführerem SS. 19 listopada 1943 roku otrzymał awans do stopnia Oberführera (młodszy stopień generalski, odpowiednik angielskiego brygadiera).
Oczywiście otrzymał wiele odznaczeń SS, ale dla nas ciekawostką jest fakt, że w latach 1933-1940 był starostą lubańskim, a następnie w latach 1940-1943 nadstarostą (Oberlandrat) czeskich Pardubic. W 1943 roku przeniesiony został do Berlina, gdzie pełnił służbę w Biurze Bezpieczeństwa Rzeszy. Wojny nie przeżył popełniając samobójstwo. Jego żona Frieda, z domu von Briesen, przedostała się na Zachód, gdzie zmarła w wieku 92 lat.
Tyle na temat nazistowskiego starosty lubańskiego i właściciela pałacu w Olszynie Dolnej. Podczas mojej niedzielnej wyprawy chciałem więc zobaczyć, czy ów rodzinny grób wciąż jeszcze istnieje (swoją drogą – skoro przetrwał sześćdziesiąt lat, to dlaczego nie miałby przetrwać jeszcze drugie tyle). Oczywiście już w 2006 roku widzieliśmy, że był on zbezczeszczony i splądrowany – zapewne przez PGR-owskich gospodarzy tego terenu, którzy być może spodziewali się nie wiadomo jakich skarbów. W tej kwestii nie zmieniło się nic. Nekropolia od tamtego czasu spokojnie tonęła w zapomnieniu i to tym bardziej, że teren ten należy raczej do rzadko uczęszczanych przez miejscowych (oczywiście poza rolnikami, którzy uprawiają tutaj pole). Co prawda wichury poczyniły zniszczenia w lasku, w którym grób się znajduje, ale on sam pozostał tak, jak go pozostawiliśmy niemal 8 lat temu. Ale do rzeczy. Leśna nekropolia tak naprawdę jest dość dobrze ukryta w gąszczu drzew i krzewów. Nawet wczesną wiosną nie jest możliwe dotarcie doń bez problemu. W końcu jakoś odnalazłem dwa ceglane, otynkowane słupy bramne (po zapewne żeliwnej bramie ostały się tylko zawiasy) i drewniany krzyż. Można sobie wyobrażać jak wyglądało to miejsce w czasach, kiedy rodzina Schultz von Dratzig władała Majątkiem Dolnym. Było to zapewne miejsce bardzo intymne, choć zaskakujące jest, iż pochówków nie dokonano na olszyńskim cmentarzu lecz właśnie tutaj. Mój niemiecki przyjaciel wyjaśnił mi przed laty, że niektóre rody miały po prostu taki zwyczaj. Czy był z tym związany jakiś szczególny powód? Tego nie wiem.
Kiedy podszedłem bliżej, zacząłem się przyglądać znalezisku, a zwłaszcza krzyżowi. Czegoś mi w nim brakowało i przez dłuższą chwilę zastanawiałem się czego. Potem zacząłem szukać napisów na drewnie, które przecież przed ośmiu laty widziałem. Wreszcie przypomniałem sobie, że na krzyżu znajdowała się skromna drewniana tabliczka, a na niej widniało nazwisko rodu, a poniżej imiona oraz daty narodzin i śmierci członków rodziny. Tej tabliczki już tym razem nie było, a krzyż był mocno pochylony. Nie sądzę, aby to spowodowała natura… Czy brak tabliczki to efekt postępującego wandalizmu, czy też interwencji rodziny – to pytanie pozostaje otwarte.
Kiedy podszedłem bliżej, zacząłem się przyglądać znalezisku, a zwłaszcza krzyżowi. Czegoś mi w nim brakowało i przez dłuższą chwilę zastanawiałem się czego. Potem zacząłem szukać napisów na drewnie, które przecież przed ośmiu laty widziałem. Wreszcie przypomniałem sobie, że na krzyżu znajdowała się skromna drewniana tabliczka, a na niej widniało nazwisko rodu, a poniżej imiona oraz daty narodzin i śmierci członków rodziny. Tej tabliczki już tym razem nie było, a krzyż był mocno pochylony. Nie sądzę, aby to spowodowała natura… Czy brak tabliczki to efekt postępującego wandalizmu, czy też interwencji rodziny – to pytanie pozostaje otwarte.
W tej leśnej rodzinnej nekropolii na pewno dokonano co najmniej cztery pochówki. Być może było ich więcej, ale bez przeprowadzenia ekshumacji i innych konkretnych badań (w tym kwerend w archiwach) nie mamy żadnych materialnych dowodów na to, że tak mogło być. Na pewno na terenie dawnego Majątku Dolnego pochowany został Rudolf Schultz von Dratzig (chodzi tu zapewne o ojca owego starosty lubańskiego), który urodził się w 1849, a zmarł w 1923 roku. Następnie wiemy też, że kolejnym pogrzebanym był, wspomniany już przez Zbigniewa Madurowicza, Eberhard – ów młodszy brat Rudolfa, który popełnił samobójstwo. Urodził się on w 1900 roku, a z życiem pożegnał się w roku 1928. Trzeci pogrzeb należał do Richarda, który na świat przyszedł w 1851 roku, a zmarł w 1931. Ostatni pogrzeb odprawiono tutaj nad ciałem Eddy (ur. 1870 r.) w 1948 roku i w zasadzie należałoby uznać to za ostatni pochówek w tej nekropolii.
Przyznam szczerze, że ilekroć myślę o tym miejscu lub je odwiedzam, a byłem tam już trzy lub cztery razy, to dreszcz przechodzi mi po plecach. Nie inaczej było i tym razem. To niesłychane, że nawet po tak wielu latach zmarli budzą w żyjących grozę… Nie wiem czy to wynika z historii, która wiąże się w tą rodziną, czy tez z jakiegoś innego powodu. W każdym razie świadomość istnienia takiego miejsca była i jest piorunująca. Oczywiście odmówiłem stosowną modlitwę za zmarłych, ale i tak miałem wrażenie, że jest to miejsce owiane tajemnicą i dość niespokojne. W końcu spoczywa tu ktoś, kto targnął się na swoje życie, krewny człowieka, który był związany był z nazistowskim aparatem państwowym III Rzeszy i aktywnie działał na tym polu… to nie jest bez znaczenia.
Kiedy chodziłem do przedszkola, które aż do początku lat dziewięćdziesiątych znajdowało się w pałacu, nie pamiętam, abyśmy kiedykolwiek udawali się w tamtym kierunku. Właściwie to nawet zrozumiałe… Ale pałac zawsze budził respekt i intrygował. Wtedy nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z jego przeszłości i losów ludzi, którzy niegdyś nim władali. Potem przyszedł czas upadku majątku, który dopiero teraz znowu powoli dźwiga się z ruiny.
W każdym razie nie ulega wątpliwości, że cały Majątek Dolny, to miejsce pełne tajemnic i zagadek. Zwłaszcza tych mrocznych, których – jak sądzę – nie brakuje. Nie chciałbym doszukiwać się „cudów na kiju”, ale nie można zaprzeczyć, że tak naprawdę (w porównaniu np. do historii ostatnich właścicieli Biedrzychowic) nie wiemy zbyt wiele o dziejach olszyńskich majątków i ich właścicieli poza kilkoma mniej lub bardziej znanymi faktami. Znacznie więcej wiedzą ci, którzy musieli opuścić Olszynę w wyniku zmiany granic, a i tych pozostało już niewielu.
Poniżej kilka zdjęć. Archiwalne pochodzą ze zbiorów Zbigniewa Madurowicza, a reszta to moje skromne dzieło…
Kiedy chodziłem do przedszkola, które aż do początku lat dziewięćdziesiątych znajdowało się w pałacu, nie pamiętam, abyśmy kiedykolwiek udawali się w tamtym kierunku. Właściwie to nawet zrozumiałe… Ale pałac zawsze budził respekt i intrygował. Wtedy nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z jego przeszłości i losów ludzi, którzy niegdyś nim władali. Potem przyszedł czas upadku majątku, który dopiero teraz znowu powoli dźwiga się z ruiny.
W każdym razie nie ulega wątpliwości, że cały Majątek Dolny, to miejsce pełne tajemnic i zagadek. Zwłaszcza tych mrocznych, których – jak sądzę – nie brakuje. Nie chciałbym doszukiwać się „cudów na kiju”, ale nie można zaprzeczyć, że tak naprawdę (w porównaniu np. do historii ostatnich właścicieli Biedrzychowic) nie wiemy zbyt wiele o dziejach olszyńskich majątków i ich właścicieli poza kilkoma mniej lub bardziej znanymi faktami. Znacznie więcej wiedzą ci, którzy musieli opuścić Olszynę w wyniku zmiany granic, a i tych pozostało już niewielu.
Poniżej kilka zdjęć. Archiwalne pochodzą ze zbiorów Zbigniewa Madurowicza, a reszta to moje skromne dzieło…
Pałac w Olszynie Dolnej około 2007 roku
Pałac w Olszynie Dolnej obecnie – 30 marca 2014 roku
Grób rodziny Schultz von Dratzig 16 maja 2006 roku









Sehr interessanter Beitrag. Danke!
Bardzo ciekawy artykuł. Może uda mi się kiedyś odszukać ten krzyż…
Swoja drogą, tez chodziłam tam do przedszkola 😉 i bardzo bym chciała, aby pałac odzyskał dawną świetność. Coś wiadomo, jakie plany ma wobec niego obecny właściciel?
Szkoda, że autor artykułu lub ktoś z redakcji nie odpisał na zadane pytanie… Można nawet napisać „Nie wiem”, byle był odzew. Dialog z czytelnikami to też ważna kwestia, prawda?
Czytałem Pani komentarz, na razie o planach na przyszłość nic nie wiem. Co do dialogu to najpierw musielibyśmy ustalić o powrót do której świetności by Pani postulowała. Osobiście wolałbym wspominać czasy świetności gdy obiekt wypełniony był gwarem dziećmi z powojennego wyżu demograficznego.
Hahaha, ja jestem takim dzieckiem i mój gwar również wypełniał swego czasu ten pałac 😉
Ale nie uważam, żeby to były czasy jego świetności. Olejne lamperie w niewyjściowym kolorze, schody machnięte także olejną… niekoniecznie mi się to podoba 😉
Poza tym, jeśli się nie podejmie dialogu w ogóle, to żadnych ustaleń nie poczynimy 😉