Leśna – studium przypadku
Rozmowa z Martą Madejską o jej najnowszej książce „Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji”
Skąd taki tytuł książki?
Został zainspirowany historią łódzkiej „Bistony”, którą na początku lat 90. sprzedano nagle, potem okazało się, że w nielegalnych okolicznościach. Sprawa sądowa toczyła się przez dwanaście lat. W książce piszę nie tylko o samej „Bistonie”, ale też o jednej z jej pracownic, pani Grażynie. Po zamknięciu fabryki razem z koleżanką zatrudniono je na tydzień do pilnowania dobytku, siedziały w opustoszałym budynku i grały w kości. Pomyślałam, że mógłby powstać scenariusz o transformacji pod takim tytułem. Potem mój redaktor prowadzący wyciągnął to jako tytuł książki. Niestety, „Bistona” to nie jest jedyny taki przypadek, który opisuję. O zamykaniu, likwidacji, radykalnej zmianie życia. Przypowieści o transformacji z podtytułu to tak naprawdę wielowarstwowe historie, a ja zastanawiam się, czy możemy się z nich czegoś nauczyć na przyszłość.
Jak to się stało, że w książce pojawiła się Leśna?
Wszystko zaczęło się w 2019 roku, kiedy przyjechałam do Leśnej na spotkanie autorskie o mojej pierwszej książce pt. „Aleja Włókniarek” o łódzkich robotnicach przemysłu włókienniczego. W Leśnej też było włókiennictwo. Tu, w Domu Kultury rozmawiałam o przemyśle, który łączy historię tych dwóch miejsc. Dzięki temu poznałam Leśną i kilka aktywnych tutaj osób. Odezwałam się do nich kilka lat później, kiedy zbierałam materiały do mojej drugiej książki. Pomyślałam, że Leśna może być ciekawym studium przypadku…
Czyli w 2019 roku coś zaiskrzyło, że będzie Pani chciała ten nieistniejący już „Dolwis” opisać…
Tak, tak, zdecydowanie. Tamto pierwsze spotkanie było bardzo dla mnie ciekawe. Ludzie zaczęli opowiadać swoje historie, z których wyłaniało się dużo doświadczeń, które chciałam szerzej opisać. Przede wszystkim o tym, jak radzono sobie w obliczu tej radykalnej zmiany rzeczywistości, w obliczu utraty pracy, ale też wszystkich innych ram, na których opierało się kiedyś codzienne życie w dziesiątkach takich miejscowości w Polsce.
Minął rok 2019 i co było dalej?
Dokładnie w 2022 roku przyjechałam do Leśnej ponownie. Prawda jest taka, że zaczęłam pisać książkę jeszcze w pandemii, ale przez lockdowny wszystko się bardzo rozciągnęło w czasie, w tym zbieranie materiału z terenu. Poprosiłam Annę Hernik, która współtworzyła książkę „Dolwis. Historia mówiona”, żeby pomogła mi skontaktować się z dawnymi pracownikami i pracownicami zakładu. W 2022 roku przyjechałam już na konkretne rozmowy, żeby zebrać materiał. Ania była też na tyle miła, że obwiozła mnie po pozostałościach po zamkniętym zakładzie.
I to wtedy Pani trafiła do tych rozmówców, których mamy tutaj w obecnej książce?
Tak. Od razu zauważyłam sporo elementów, które powodują, że przypadek Leśnej jest wyjątkowy na tle innych. Choć i są tematy powtarzające się, przypominające mi sytuację z Łodzi, mimo że ona była olbrzymim miastem. Na przykład doświadczenie dużej emigracji, która zrywa lokalne więzi.
A na czym polega ta wyjątkowość Leśnej?
Myślę, że to kwestia historyczna i geograficzna, że to są Ziemie Zachodnie, że to jest tak blisko obu granic. Nie jest to centralna Polska. Ale wyjątkowa na pewno jest też społeczność miasta, która powstała na bazie m.in. „Dolwisu”. Ona była specyficzna, po prostu wyjątkowa i inna, w lokalnym sensie. Sam „Dolwis” był ciekawym przypadkiem, moim zdaniem, dużej innowacyjności technicznej i współpracy między różnymi podmiotami w ramach miasteczka, zakładu pracy i właśnie tej społeczności, która żyła mocno tym dolwisowym życiem. I widać, że to było tutaj bardzo intensywne.
I przychodzi rok 2025. Wówczas Wydawnictwo Czarne postanawia ją wydać. Wiedziała Pani o tym?
Tak, bo to była książka zakontraktowana dla Czarnego w 2020 roku. „Aleję włókniarek”, poprzednią moja książkę, wydało także Czarne. Już wtedy zaczęliśmy rozmawiać o kształcie kolejnej. To się bardzo długo rodziło, bo najpierw sporo czasu zabrało zbieranie materiałów, a potem autoryzowanie, redagowanie, projektowanie książki itd. To spowodowało, że jej wydanie przeciągnęło się aż do jesieni 2025 roku. Początkowo miała być dużo szersza, opisywać więcej sektorów przemysłu, mieć inną strukturę. Ale czasy były trudne. Życie się tak potoczyło, że wybrałam raczej serię studiów przypadku, które dotyczą przemysłu włókienniczego, ale też prasy, rolnictwa czy np. Polskiej Kroniki Filmowej.
Przygotowując się do rozmowy z Panią zauważałem we wcześniejszych wywiadach, że – choć jest Pani młodą osobą – krytycznie ocenia Pani transformację po 1989 roku. Pamiętam, jak do zamku Czocha przyjechał ówczesny minister od przekształceń własnościowych, Janusz Lewandowski, i na ogólnym spotkaniu z lokalnymi działaczami gospodarki, wśród których było i kierownictwo „Dolwisu” i przedstawicielami samorządu terytorialnego, opowiadał, jak to teraz będzie lepiej. Czy transformacja nas przerosła?
Myślę, że zmiany ustrojowe były konieczne i oczywiście cieszę się, że one nastąpiły. Ale zapomina się, że aspekty gospodarcze i społeczne nie musiały stać się kosztami tej zmiany. Takie jest moje zdanie, a nie jest to zdanie odosobnione i też wsparte przez historyków gospodarczych. Czasami stawia się w kwestii prywatyzacji duże pytania: czy dało się inaczej? czy nie dało się inaczej? czy ta ścieżka była nieodzowna? Nie sposób na nie odpowiedzieć, bo pamiętajmy, że były na Polskę naciski globalne, decydowały ogólne trendy światowe. Natomiast ja skupiam się w mojej książce głównie na detalach. I wydaje mi się, że w całym szeregu detali powinny te procesy przebiegać inaczej. A przez rozmaite zaniechania, niedopatrzenia, złą wolę albo brak jakiejkolwiek woli politycznej, straciliśmy bardzo dużo dziedzictwa.
Czy nie sądzi Pani, że strona związkowa nie była przygotowana do takich zmian? Spotkałem z przypadkami, gdzie na negocjacje o swojej przyszłości jechali ludzie w ogóle nie obeznani, już nie tylko co do zasad negocjacji, ale w sprawach gospodarczych. Czasami prości robotnicy, których nagle wydźwignęły związki zawodowe, „Solidarność” przede wszystkim, ale nie tylko, bo powstawały i inne związki. I nagle ci ludzie musieli reprezentować załogę w rozmowach z ministerstwami, z dyrekcjami generalnymi. A kąsek był duży. Oni często nie dawali sobie z tym rady. To widzę choćby po Lubaniu. Czy to ich nie przerosło?
Tak, ale jak spojrzymy na archiwa, na to, co mówili wtedy poszczególni ministrowie i jakie decyzje podejmowali, to widać, że ich też to przerosło. Moim zdaniem, to wszystkich przerosło, jak się temu przyjrzeć z historycznej perspektywy. A jeśli mówimy o związkach zawodowych, to bardzo szybko wprowadzono ustawę, która związkom właściwie odbierała jakąkolwiek sprawczość, wprowadzane wtedy prawo było w wielu elementach antypracownicze. W działaniach Stowarzyszenia Topografie w Łodzi od kilku lat regularnie staramy się robić różne spotkania z historykami, z badaczkami, socjolożkami, z osobami ówcześnie odpowiedzialnymi, żeby dogrzebać się do odpowiedzi na pytanie, co się właściwie wydarzyło w miastach przemysłowych po 1989 roku? Akurat w przypadku przemysłu włókienniczego, już skupiając się na konkrecie, można czasem usłyszeć takie odpowiedzi, że sądzono, że przemysł włókienniczy jakoś da sobie radę, bo ludzie zawsze będą musieli się ubrać. Nie pomyślano, że jak zniesie się wszelkie ograniczenia celne i Polskę zaleje import z Chin, to nikt nie będzie w stanie sobie z tym poradzić. A na przykład były radca Najwyższej Izby Kontroli, pan Rzepecki, którego cytuję w książce, otwartym tekstem mówi, że ani władze lokalne, ani ministerialne, ani wymiar sprawiedliwości nie były przygotowane, nie miały narzędzi ani procedur, na poprawne przeprowadzenie procesów prywatyzacji. Do wszystkich popeerelowskich problemów dołączyły nowe mechanizmy, które przyszły razem z zagranicznymi inwestorami. Oni nie zawsze etycznie prowadzili tę grę i znali bardzo dużo różnych metod i kruczków prawnych. Świetnie potrafili wykorzystać to, jak dużo niedociągnięć ma nasza ustawa o prywatyzacji – na przykład brak ochrony gruntów. To były korporacje, które miały całe zaplecze, żeby od razu rozpoznać, co tu się dzieje i jak wykorzystać tę sytuację. Ogólnie to wszystko na pewno była olbrzymia skala chaosu. Trudno mi odpowiedzieć na pytanie, czy tego chaosu można było uniknąć, ale wydaje mi się, że to trochę jak w powodzi – zawsze trzeba ratować to, co się da. Wydaje mi się, że można było uratować więcej.
Jak Pani widzi przyszłość Leśnej? Dobre pytanie?
Dobre, tylko też trochę nie do mnie. Ja w ogóle Leśną uwielbiam, mam tu bardzo dobre doświadczenia i kolejne moje tutaj przyjazdy budują kolejne dobre doświadczenia. Nawet te rozmowy, które bywały trudne, one mnie też dużo nauczyły. Obserwuję tutejsze społeczne inicjatywy i bardzo dobrze im życzę. Wydaje mi się, że wytrwałość w tym wszystkim jakoś się opłaci. Na pewno widzę po tych kilku latach, że pojawiają się w Leśnej nowe twarze. Dziś na spotkaniu o tym rozmawialiśmy. Jakbym tak pragmatycznie miała powiedzieć, jako trochę taka wróżka z Łodzi, to myślę, że reimigracja, ale też nowa imigracja. Jeśli spojrzymy na historię miast przemysłowych, to właściwie każdy ich początek opierał się na jakiejś imigracji.
Nad czym Pani teraz pracuje?
Nie pracuję obecnie nad nową książką, w pisaniu skupię się teraz na krótszych formach. Od wielu lat współpracuję przede wszystkim w obrębie muzealnictwa, historii, archiwistyki i teraz wybrałam najbardziej właśnie tę ścieżkę archiwistyczną. Pracuję przy kwerendach i opracowaniu spuścizn archiwalnych. Moje Stowarzyszenie Topografie, które prowadzi Cyfrowe Archiwum Łodzi Miastograf w przyszłym roku kończy 20 lat, więc powoli też przygotowujemy się do obchodów tego jubileuszu.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Janusz Skowroński
Marta Madejska „Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, s.310. W rozdziale „Przypowieści o obrońcach pokoju” opisała Leśną, swoiste studium przypadku. W ramach „Pamięciownika” , który zawitał do Leśnej, promowała swoją książkę.
Efektem zakończonego w niedzielę leśniańskiego „Pamięciownika” była robocza wystawa z dostarczonych przez mieszkańców zdjęć i dokumentów.




Komentarze
Leśna – studium przypadku — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>