Weekend z historią. Chłopak z Courbiérestrasse w Lauban

Janusz Skowroński i Ekkehard Schulze w Lubaniu na ul. Brackiej
To było tak. Lata 2009 i 2010 spędzałem w Berlinie, na dziennikarskim stypendium na Wolnym Uniwersytecie. Przez dwa semestry zgłębiałem zawiłą biografię niemieckiego noblisty Gerharta Hauptmanna, przemieszczając się między uczelnią, Biblioteką Pruską na Potsdammer Platz i podberlińskim Erkner, gdzie mieści się muzeum pisarza.
W Erkner, na jednym ze spotkań literackich, poznałem Gintera Ledera, pochodzącego spod Strzelina, dla niego był to wciąż Strehlin. Ginter, doktor pedagogiki, pomagał mi przy mojej pracy nad Hauptmannem, oferując swoją pokaźną bibliotekę i znajomości, które miały okazać się bardzo przydatne, gdy przyszło mi śledzić powojenną epopeję wywożonej z Karkonoszy trumny z Hauptmannem, trwającą ponad siedem tygodni. Wszystko to miałem niebawem opisać. Najpierw po niemiecku w pracy końcowej na uniwersytecie, a trzy lata później już po polsku, w rozbudowanej książce „Zapomniane tajemnice Karkonoszy”. Polecam!
Pewnego razu Ginter, wiedząc, że mieszkam w Lubaniu, powiedział mi, że ma przyjaciela, z którym współpracuje w Fundacji Róży Luksemburg. Obaj piszą i wydają tam swoje teksty z zakresu historii.
– Nazywa się Ekkehard Schulze, pochodzi z Lauban. Pewnie chciałbyś go poznać? – zapytał.
– Oczywiście! Za tydzień mi pasuje! – odpowiedziałem, spoglądając na swój plan berliński zajęć. – Będę miał dziennikarskie zajęcia w dawnej centrali STASI na Magdalenerinnen Strasse. A po zajęciach mam czas dla was.
– Jesteśmy umówieni!
Kiedy za tydzień schodziłem z góry potężnego gmaszyska, będąc wciąż pod wrażeniem tego, jak działała tu centrala enerdowskiej STASI, zerknąłem na duży hol na parterze. Obaj Niemcy czekali już na mnie, pod zachowanym pomnikiem samego… Feliksa Dzierżyńskiego.
Później poszliśmy do pobliskiej kawiarni i … nie mogliśmy się nagadać. Fragment tej rozmowy zamieściłem od razu w mojej książce „Tajemnice Lubania”. Mój warszawski wydawca poprosił mnie o aktualizację wydania „Tajemnic”. Książka wyszła jeszcze w tym samym, 2010 roku.
Pozwólcie, że krótko przypomnę tamten tekst.
*
Całkiem niedawno, w Berlinie, poznałem pewnego Niemca. Ekkeharda Schulze, emerytowanego prawnika. Wiedziałem wcześniej, że pochodzi z Lubania, pisze artykuły o jego historii. Jak to wśród ludzi z tego samego miasta, zacząłem od „dyżurnego” w takim wypadku pytania:
– Gdzie pan mieszkał w Lubaniu?
– Na Bismarckstrasse 41, na parterze. Mieliśmy takie ładne, okrągłe okno, wychodzące na ulicę.
– Aha, czyli to będzie w „podkowie” na Kopernika – szybko przetworzyłem w pamięci mapę dawnego miasta.
Trzy ulice, które w przedwojennym Lauban wzięły swoje nazwy od wysokiej rangą wojskowych – von Courbiere’a, Bismarcka i von Seckta utworzyły prawie zamknięty układ ze wspólnym podwórkiem w środku. My ten układ domów nazwaliśmy podkową. Ulice ją tworzące miały polskie nazwy – Wojska Polskiego, Kopernika i Słowackiego.
– Ale tam została babcia. My przenieśliśmy się na drugą stronę podwórka, na Courbiérestrasse – wyjaśnił mój rozmówca.
– Pod który numer?
– Pod 33.
– Jak to? – dziwię się.
– Co „jak to”? – pan Schulze dziwi się jeszcze bardziej.
– No, bo ja wychowałem się pod trzydziestką trójką! – oznajmiam.
– Naprawdę?! Ja też!
A mówią, że tylko góra z górą się nie zejdzie! No i zaczęliśmy każdy, po swojemu, ten nasz Lauban i Lubań wspominać. Tylko Gintera przysłuchującego się tej dziwnej rozmowie, ogarniało coraz większe zdumienie. Z tego, że ja, Polak i od lat lubaniak, swobodnie poruszałem się wśród niemieckich nazw ulic.
– Pamiętam, że na parterze kamienicy była piekarnia i cukiernia – odtwarza obraz z pamięci pan Schulze.
– Tego już nie pamiętam. Za „moich czasów” był tam już sklep mięsny – mówię. – Jak rzeźnik rąbał mięso w sklepie, to u nas w mieszkaniu, na drugim piętrze było słychać. Ale zawsze dziwił mnie solidny piec piekarski w piwnicy. Teraz rozumiem, komu służył. Zaś na wjeździe do „podkowy” graliśmy w piłkę. Od niej ściany dudniły, że hej! Dlatego to miejsce nazywaliśmy „echem” – wyjaśniam. Chyba zbytecznie, bo wiadomo, co czyni obijana o mury piłka.
– My też! – słyszę osłupiały. – Ale jak chcieliśmy więcej pobiegać za piłką, przenosiliśmy się na ulicę. Na naszą Courbiérestrasse.
– My też! – odpowiadam. – Tyle, że na ulicy był pewien problem. Nie, nie chodzi o samochody, bo ruch był wówczas niewielki. Tylko o to, że piłka często wpadała nam przez wysoki płot, do koszar. Ten, kto niefortunnie kopnął, musiał przez ten płot przeskoczyć, przerzucić piłkę kolegom i tą samą drogą wrócić. I jednocześnie uważać na wartownika i nie dać się złapać! Ale piłka była najważniejsza!
– Nam też piłka tam wpadała! I szybko zauważyliśmy, ba, nawet obliczyliśmy, że wartownik za bardzo nie może oddalić się od swego posterunku, by się za nami uganiać – słyszę osłupiały.
Uwierzycie?! Przytoczyłem ten niesamowity dialog dosłownie, jak przebiegał. Tak rzeczywiście było, dzieci z „podkowy” zachowywały się podobnie – przed i po wojnie. Potrzeba było lat, by to odkryć i zrozumieć. Nawet taka historia domu w małej ojczyźnie może kryć swoje wielkie, dziecięce tajemnice.
*
Tyle „weszło” do książki. Ale to jeszcze nie koniec tej historii. Gdy poznaliśmy się bliżej, i już mówiliśmy sobie po imieniu, na co w Niemczech przechodzi się bardzo szybko, ustalaliśmy dalsze szczegóły.
– Na którym piętrze mieszkaliście? – zapytałem.
– Na drugim. A wy?
– Rodzice przeprowadzili się tu w 1955, najpierw na parter, a chwilę później na drugie piętro.
– Z prawej czy lewej strony? – dociekał Ekkehard.
– Z lewej.
– My z prawej – Ekkehard wyraźnie posmutniał, bo do tej pory wszystko nam pasowało.
– Z prawej mieszkał sąsiad, Jerzy Potaman, znany bokser. Już nie żyje. Dziś w Lubaniu są turnieje bokserskie jego imienia. Ale jak przyjedziesz do Lubania, porozmawiam z jego córką. Myślę, że Jola zgodzi się, byś obejrzał swoje dawne mieszkanie.
Po kilku miesiącach przyjechał. Stanął przed kamienicą na tej swojej Courbiérestrasse. Tylko numer mu nie pasował. Ktoś kilka lat wcześniej „majstrował” przy numeracji kamienic i dawne 33 zamienił na 1c. Poszło to wszystko w odwrotną stronę, bo 32 stało się teraz 1d, zaś ostatnie 36 było teraz jedynką. Komu to przeszkadzało?
Spojrzał w górę.
– Zobacz, te cztery okna z prawej, to były nasze okna – rzekł do mnie.
Zwątpiłem, bo stojąc na chodniku, wskazywał wyraźnie… na nasze okna! Szybko wyjaśniło się, że ja, jeszcze w Berlinie, liczyłem strony mieszkań od klatki schodowej, zaś Ekkehard od ulicy. Ostatecznie okazało się że rodzina Schulze mieszkała w naszym mieszkaniu.
Przyjęła go moja mama. Wrażenia, kiedy po sześćdziesięciu pięciu latach, gdy wchodzi się do własnego mieszkania, są trudne do opisania. Wzruszenie, radość, z trudem powstrzymywane łzy, bo mężczyźnie płakać nie wypada.
– Ale tu był jeden pokój więcej – Ekkehard od razu zauważył zmianę.
– Tak był – wyjaśniała moja mama. – Naszym sąsiadem został dyrektor firmy, gdzie pracował mój mąż i cała kamienica została przydzielona pracownikom tej firmy. My jeszcze nie mieliśmy dzieci, więc trzy pokoje dla bezdzietnego małżeństwa to był za duży luksus. I tak dyrektor-sąsiad powiększył swoje mieszkanie. On miał trzy, my zostaliśmy z dwoma.
Tu mała dygresja. Firma, w której zaczynał pracę mój tato, zwana wówczas „Bazą” to późniejsza „Gaja” na Warszawskiej. Baza miała swoją odlewnię w Leśnej, na Baworowie. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego w sąsiednich kamienicach mam kolegów, dzieci oficerów WOP-u a ta nasza jedna kamienica jest „cywilna”, choć z widokiem na koszary.
Ekkehard przyjeżdżał do Lubania często. Zabierał w te sentymentalne podróże liczną rodzinę. Było dla niego ważne, by młode pokolenie dowiedziało się o mieście jego dzieciństwa jak najwięcej. Podziwiał odbudowany Lubań. Trafiliśmy na Mickiewicza pod „jedynkę”, dla niego będącą Pestalozzischule. Przeciskaliśmy się wąskim bunkrem w centrum miasta, zwiedzaliśmy zamek Czocha i Dom Hauptmanna w Jagniątkowie, będący miejscem mojej pracy.
Wieczorami w hotelu „Zaułek” na Dworcowej wymienialiśmy się wrażeniami po całym dniu. Opowiadał mi, jak w lutym 1945 na Secktplatz, dla mnie placu Słowackiego, podstawiono autobusy i wszystkich wywieziono za Nysę Łużycką. Front było już słychać. Miał wówczas 11 lat i piątkę młodszego rodzeństwa. Szybko wydoroślał, bo trzeba było pomóc mamie. Ojca, malarza-dekoratora, w 1941 wcielono do armii i wysłano na front. Z krótkiego urlopu ojca i pobytu w domu zachowało się ostatnie wspólne zdjęcie. Rodzice z piątką dzieci, bo Barbara, najmłodsza siostra, przyjdzie na świat w 1942 roku. Także w Lauban, podobnie jak starsze rodzeństwo.
Ostatnie wieści o ojcu docierały z 1944 roku, gdzieś z Rumunii. Potem przepadł. Luiza, żona, rodowita gryfowianka, szukała go jeszcze przez wiele lat. Pisała, pytała, żyła nadzieją, że odezwie się, że wróci. Pomagał w tym matce. Niepewne ślady po Johannesie Schulze prowadziły gdzieś w syberyjskie łagry. Nic konkretnego, żadnego adresu, żadnego punktu zaczepienia.
Z matką i rodzeństwem, po latach tułaczki, znalazł się w Lipsku. Tu ukońc
zył studia prawnicze, dopilnował, był młodsze rodzeństwo również zdobyło wykształcenie. Na kilka lat wyprowadzili się z żoną do Berlina. Wtedy go poznałem. Później powrócili do Lipska. Jeszcze w grudniu ubiegłego roku świętował tam 90 urodziny.
14 czerwca 2025 roku, w gorący dzień, pożegnano go na lipskim cmentarzu. Byłem wzruszony, kiedy w kaplicy, w mowie pogrzebowej, przypomniano jego lubańskie dzieciństwo i nasze wspólne odkrywanie historii „po latach” od Courbiérestrasse poczynając. Spoczął na cmentarzu, tuż obok pomnika Bitwy Narodów z 1813 roku. Piękna klamra dla człowieka, który żył historią. Tą dolnośląską również, o czym świadczyły publikacje, które można było obejrzeć po pogrzebie. To u niego przeczytałem kiedyś, że wśród lubańskiego duchowieństwa podczas wojny istniał ruch oporu.
Córka Britta porządkuje teraz papiery po ojcu. Obiecała, że odezwie się do mnie, jak znajdzie jego lubańskie wspomnienia.

Janusz Skowroński jest regionalistą, autorem licznych książek i artykułów, od lat opisuje tajemnice Lubania i Dolnego Śląska, ze szczególnym uwzględnieniem relacji polsko-niemieckich.
Autor: Janusz Skowroński, data publikacji 19.06.2025 r.




Brawo Janusz. Podziwiam Twoją miłość do historii wielkiej i ojczyźnianej. Fajnie było w muzeum w Jagniątkowie jak tam dyrektorowałeś. Pozdro.