Przekonywać dają się nie tylko osoby starsze, ale i młodzi, którzy nazwami zażywanych specyfików wymieniają się na forach internetowych. „Polećcie mi coś żeby mi się tak spać nie chciało nie wiem czy lepsze coś á la milion witamin w jednej tabletce czy lepiej kupić coś konkretnego” – pyta na Kafeteria.pl jeden z użytkowników (pisownia oryginalna), inny próbuje stawiać diagnozę i doradza „naciąganie powieki”: „Jeśli masz jasną białawą a nie czerwoną – mało żelaza. Na zmęczenie działa też podobno żeń-szeń, ale kiedyś brałem i jakoś szału po tym nie ma. Poszukaj też czegoś z guaraną”. Inny radzi: „Polecam białko wołowe do picia”. Grzeją się fora, na których można się poradzić w sprawie suplementu na potencję. Użytkownik – robcio pyta o kulki jednego z producentów „podobno porównywalne z viagrą”, Damian jeden ze specyfików już wypróbował, „teraz siła seksualna i erekcja level 100…”.

Nos dostał nóg. W telewizyjnym spocie nos dostał nóg i jeździ ruchomymi schodami, przekonując do aerozolu, który pomoże go odetkać, w radiowej reklamówce dziennikarka przepytuje zaproszone do studia oko, które zachwala krople. Pastylki na wątrobę okazują się tak skuteczne, że bohaterka na rodzinnej imprezie pochłania golonkę, suto omaszczoną majonezem sałatkę czy tort z kremem, choć powinna ograniczać takie potrawy. Do spotów o znanych dolegliwościach dochodzą te, które lansują całkiem nowe przypadłości. Dowiadujemy się, że jak koledze z pracy brzydko pachnie z ust, to ma halitozę, na którą jest odpowiedni specyfik – i nie chodzi o polecane Shrekowi przez Osła ze słynnej animacji – tic-taki, tylko o pastylki z apteki.

Zero diagnostyki, zero rozsądku – to już jakieś szaleństwo, kiedy pytamy o reklamy farmaceutyczne. Ludzie je oglądają i zaczynają szukać u siebie pokazanych tam objawów. Najdrobniejsze zbieżne elementy z tym, co zobaczyli w spocie, skłaniają ich do myślenia, że właśnie cierpią na zaprezentowaną w radiu czy telewizji dolegliwość. Zimne stopy i dłonie to nie jednostki chorobowe. Mogą być zimne, bo ktoś tak reaguje na zdenerwowanie, może być odwodniony, mieć niskie ciśnienie, zaburzenia behawioralne. Ale powody mogą być też dużo poważniejsze, na przykład niedoczynność tarczycy, stopa cukrzycowa. Naprawdę, żaden reklamowany żel nie jest nam wtedy potrzebny.

Nie chcę potępiać reklamowania farmaceutyków w ogóle, bo w tych klipach są też informacje prawdziwe, przydatne dla pacjenta, ale taki ich natłok, z jakim mamy do czynienia w tej chwili, sprzyja znachorstwu. Jesteśmy wicemistrzami Europy w samoleczeniu zaraz po Francuzach. Jeśli się konsultujemy, to najczęściej z doktorem Google’em. W mojej ocenie Polacy dramatycznie mało wiedzą o zdrowiu, swoim ciele, medycynie.

Reklam jest coraz więcej, a komunikaty są coraz bardziej agresywne. Pacjent ma więc coraz większe trudności ze wskazaniem różnicy między lekiem a suplementem diety, między czymś, czego będzie potrzebował a tym, czego na pewno nie musi brać. Farmaceuta wie najlepiej, na czym polegają takie reklamy, potrafi ocenić skład leku i porównać go z obietnicami padającymi w spocie.

Czym różni się lek od suplementu? Ten pierwszy musi przejść badania i  by został dopuszczony do obrotu, producent przedstawia pełną dokumentację. Z drugim sprawa ma się inaczej. Suplement jest środkiem spożywczym, więc podlega prawu żywnościowemu. Wystarczy, że producent zgłosi do GIS produkt o danym składzie i określonej etykiecie i może go sprzedawać na terenie Polski. Reklamowy chaos sprawia, że przeciętny Kowalski każdą tabletkę czy syrop nazywa lekiem. Twórcy reklam starają się zresztą, by suplementy jak najbardziej upodobnić do leków. Pokazują pewne korzyści, które brzmią tak, jakby reklamowany preparat miał leczyć. A suplement nie powinien udawać leku, bo on niestety niczego nie wyleczy.

Wystarczy wsłuchać się w spot. Przy lekach musi pojawić się ostrzeżenie – przeczytane przez lektora lub wyświetlone na ekranie – o tym, by „przed użyciem zapoznać się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą…”. Jeśli nie ma tego komunikatu, to oznacza, że reklamowany preparat nie jest lekiem, lecz suplementem diety, wyrobem medycznym czy preparatem specjalnego przeznaczenia dietetycznego.

Czasami reklamodawcy, by przekazowi nadać bardziej profesjonalne brzmienie, stosują angielską formułę, która w rzeczywistości opisuje zupełnie standardowe działanie leku. Pamiętam też spot jednego z leków przeciwbólowych, który sugerował, że ma on nowy składnik – inhibitor COX. Dla farmaceuty była to bardzo śmieszna reklama, bo zawarty w leku ibuprofen jako substancja czynna jest z definicji inhibitorem COX. Użyto tu standardowej nazwy farmakologicznej, ale dla pacjenta jest ona nieznana, więc sprawia wrażenie, że reklamowany lek to jakaś nowość.

A czy przeciętny człowiek rzeczywiście musi coś brać, żeby być w formie? Otóż niczego nie musimy brać, jeśli ktoś nie ma żadnych objawów choroby, jest zdrowy, kontaktuje się z lekarzem, robi badania kontrolne, ma rozsądną dietę, jest aktywny fizycznie. Rozumiem, że trudno jest zapoznać się z kilkustronicową ulotką zapisaną drobnym drukiem, ale szkoda, że tak wiele osób lekceważy formułę: „skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą”. Przestrzegam przed tym, by zdrowy tryb życia zastępować tabletkami z reklam telewizyjnych. Wielu osobom łatwiej zjeść całą garść pastylek, niż trzymać dietę. Jeśli ktoś ma poważne kłopoty z wątrobą, musi też zmienić nawyki. Tymczasem ludzie myślą, że mogą dalej jeść jak dotąd, nadużywać alkoholu, bo połknęli tabletkę. To błędne koło i może prowadzić do tragedii.

Suplementy diety kupowane są najczęściej w aptekach, ponieważ często traktujemy je jak lekarstwa. Wierzymy, że to preparaty przebadane, a skoro są dostępne bez recepty, to ich przyjmowania nie musimy konsultować ze specjalistą. Dopełnieniem tego są reklamy, które utwierdzają nas w przekonaniu, że suplementy są prostym sposobem na poprawę stanu zdrowia. Mnogość reklam często zawiera w sobie fałszywe przekazy. Nakłania do kupowania rzeczy, które są nam zbędne, wzbudza w nas poczucie choroby. Poprzez reklamy często diagnozujemy się błędnie, czyli nadużywamy suplementów. Czaru goryczy dopełniają różnej maści sklepy i wszechobecny autorytatywny Internet!

Zbigniew Madurowicz jest pasjonatem historii, publicystą i regionalistą związanym ze Stowarzyszeniem Miłośników Górnych Łużyc. Z wykształcenia jest cenionym farmaceutą.

Autor: Zbigniew Madurowicz Źródło: Gazeta Olszyńska